Ku przestrodze…

Zanim pojechaliśmy na Kubę sporo się naczytaliśmy. Trochę w przewodnikach, trochę w internecie. I prócz oczywistej listy obowiązkowych miejsc do zobaczenia wszystkie te źródła zapaliły nam w głowie ostrzegawcze światełko. „Nie ufaj Kubańczykom!” - z takim hasłem w głowie wjechaliśmy na wyspę. I na początku trzymaliśmy się tej zasady kurczowo. Wychodząc z lotniska z byka patrzyliśmy na taksówkarzy oferujących swą pomoc. „Jeszcze będą chcieli nas oszukać! Wywieźć gdzieś w pole i okraść. Albo policzyć za kurs kilkakrotnie więcej niż być powinno!” - myśleliśmy. Na szczęście szybko przekonaliśmy się, że Kubańczycy nie są tak źli, jak ich przedstawiają. Mili, pomocni, troskliwi… tak prezentowała się nasza opinia o Kubańczykach po kilku dniach. No może irytowały nas nieco wieczni obrażone kelnerki czy natrętni hawańczycy, ale wyraźne „NIE” załatwiało sprawę. Zachwyceni byliśmy przede wszystkim właścicielami casas particulares, Adonisem, ludźmi, którzy pozwalali nam przyglądać się swojej pracy…. Zaufaliśmy. Niestety, za bardzo.

Przekonaliśmy się na własnej skórze, że każdy kij ma dwa końce. A przestrogi, zamieszczane gdzieniegdzie w opracowaniach o Kubie okazują się być prawdą. Bo co prawda wielu Kubańczyków jest przesympatyczna, ale tak, jak wśród każdego narodu, znajdą się wśród nich przebiegłe, cwane lisy. Żerujące na naiwności i zagubieniu turystów. Którym nawet znajomość języka nie pomoże nie zostać oszukanym.

To już był prawie koniec naszej objazdowej wycieczki po Kubie. Szczęśliwi i opaleni wyjechaliśmy z Remedios z zamiarem przedostania się do ostatniego punktu programu - Matanzas i Varadero. „Po drodze koniecznie odwiedźcie muzeum Che!” - na pożegnanie poradziła właścicielka casa particular. Santa Clara (czyli miasto w którym owe muzeum się znajduje) jest po drodze, więc czemu by nie skorzystać? Jedziemy! Zaparkowaliśmy elegancko samochód pod drzewem, praktycznie w okolicy muzeum („Nie będziemy dawać 2 CUC na parking! - Dominik) i wybraliśmy się na zwiedzanie. Gdy już obejrzeliśmy wszystko i zrobiliśmy sobie zdjęcia przed pomnikiem zdecydowaliśmy się wracać. Ufff! Samochód stoi, nie ma rozbitej szyby. Nieświadomi niczego ruszamy i… jakiś dziwny dźwięk, samochód nietypowo jedzie. Guma! Złapaliśmy gumę! W mojej głowie na przemian pojawiały się myśli: „O mój Boże i co my teraz zrobimy” i „Jak to możliwe?”. I gdy tak staliśmy wpatrzeni w to koło (nikt z nas w zasadzie nigdy wcześniej gumy nie złapał i o wymianie kół raczej mieliśmy nikłe pojęcie) pojawił się młody chłopak na rowerze, który z miejsca zaofiarował swoją pomoc. „Super! Co za pomocni ludzie na tej Kubie!” - pomyśleliśmy, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Chłopak rach, ciach wymienił koło na zapasowe, a my uśmiechnięci przygotowujemy się do jazdy. Wręczyliśmy mu jakieś drobne za fatygę i już, już mamy się zbierać, kiedy chłopak woła, że to koło raczej też długo nie pociągnie… „O mój Boże, jak my dojedziemy do Matanzas!” - panikuję. „Nie martwcie się, mam znajomego mechanika, on wam pomoże. Jedźcie za mną.” - proponuje Kubańczyk i wskakuje na rower. A my za nim. I tak jedziemy, jedziemy… W pewnym momencie ogarniają nas wątpliwości. Czemu on nas wywozi na drugi koniec miasta? Przecież tutaj po drodze mijamy kilka punktów w których wymieniają dętki… Ale nic, Kubańczycy do tej pory okazali się być tylko pomocni i sympatyczni, jedziemy dalej. W końcu lądujemy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej (a raczej zatrzymujemy się obok niej). Pojawia się nasz „mechanik”, ocenia koło i mówi, że zaraz wszystko naprawi. Gdy pytamy ile to będzie kosztować odpowiada tylko, że musi zobaczyć co się stało i potem wyceni. Ok… w końcu czy tak nie robią Polacy? Raz, dwa koło jest wykręcone, chłopak znika w pobliskim budynku, a my rozmawiamy trochę z naszym rowerzystą. Nie spodziewamy się tego, co ma zaraz nastąpić. Ot, zwykła pogawędka z Kubańczykiem, jakich na wyspie mieliśmy wiele. Fundujemy chłopakowi nawet bluzę z długim rękawem, bo narzeka, że słońce, a ubrania drogie…
Gdy wraca nasz „mechanik” i wręcza nam rachunek szczęki opadają nam do samej podłogi. Na przyniesionym przez niego papierku widnieje kwota 180. „Ale CUP?” - upewnia się Dominik wyjmując portfel. „Nie, no CUC.” - odpowiada chłopak - „Tu jest wszystko nowe, całe koło wymienione. Dam wam zaświadczenie. Wypożyczalnia zwróci wam poniesione koszty”. Ale jak, ale co? Aż tyle??!!! Zaczynam znów panikować. Przecież nie mamy tyle, co my teraz zrobimy? Możemy zapłacić w euro? „Tak, tu jest kurs, wyjdzie 170 euro” - „mechanik” coraz bardziej się niecierpliwi - „Zobaczcie, taki gwóźdź mieliście w oponie”. Nie dajemy za wygraną. Ale na pewno nam zwrócą pieniądze? Słyszymy tylko coraz to bardziej rozgniewane tak… Chłopak spisuje coś z naszego potwierdzenia wypożyczenia samochodu. „Macie tu potwierdzenie, zwrócą wam pieniądze. A teraz zapłaćcie”. - chłopak prawie krzyczy tonem nie znoszącym sprzeciwu. My jednak jesteśmy coraz bardziej zestresowani i upewniamy się raz po raz, ale wręczamy mu pieniądze. Coś w jego głosie nas przekonuje i jednocześnie powoduje lęk. „Rowerzysta” zapewnia nas, że wszystko jest w porządku, że tutaj jest oficjalne potwierdzenie, a kolega wyświadczył nam przysługę. No nic… przez tą krótką chwilę im ufamy. W zasadzie nie wiedzieć czemu. Ale (nie bez stresu) pozbywamy się ok. 800 zł. Kubańczycy sugerują jeszcze, że musimy podjechać na pobliską stację podpompować koła. Podjeżdżamy więc z nimi, pomagają nam przy pompowaniu po czym… ulatniają się. A do nas dokładnie w tym momencie wraca trzeźwe myślenie. OSZUKALI NAS! Uświadamiamy sobie okrutną prawdę. Kubańczyków nigdzie nie widać. Podchodzimy więc do jakiejś grupki ludzi stojącej w oddali, by zapytać ich (w sumie nie wiadomo po co, skoro prawda już do nas dotarła), czy aby na pewno nie daliśmy się oszukać. Niestety, otrzymujemy tylko przykre potwierdzenie. Policja! Trzeba zadzwonić na policję! Prosimy na stacji, by pomogli nam zadzwonić. „Eeee, po co. Policja jest skorumpowana i tak wam nie pomogą”- słyszymy w odpowiedzi. Wszyscy są tylko zszokowani, że nas oszukano. Ale prócz tego, nikt nikogo nie zna, nikt nie chce zadzwonić na policję, nikt nie chce pomóc… I choć łudzimy się, że może faktycznie wypożyczalnia odda nam pieniądze, to dochodzi do nas brutalna prawda. Daliśmy się tak głupio podejść… I nagle w naszej głowie pojawia się milion myśli. Wszystko staje się oczywiste. Na pewno to rowerzysta nam przebił koło. Wszystko było ustawione. Chcieli nas oszukać od samego początku! My głupi! Ale z drugiej strony próbujemy się trochę usprawiedliwiać. Że nie wiedzieliśmy, że stres, że się baliśmy, bo był już coraz bardziej agresywny, że mógł wybić szybę, albo coś nam zrobić. Nie daj Boże wyrwać torebkę… Że zaufaliśmy. Zaufaliśmy za bardzo, myśląc, że to, co wypisują w przewodnikach to zwykłe bzdury. Podarowaliśmy przynajmniej rok życia jakiemuś oszustowi, który żeruje na takich naiwniakach jak my.
Reszta wyjazdu już niestety nie była taka sama. Dlatego, szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to już pod koniec naszej wyprawy. Ale niesmak pozostaje.

No cóż. Zapłaciliśmy drogo, ale jest to jedna z lepszych lekcji mojego życia. Wiem już na pewno, że drugi raz nie dam się tak podejść. To była nauczka, którą wykorzystujemy do dziś. I choć większość ludzi na świecie jest miłych i pomocnych to korzystajcie i Wy z naszego doświadczenia i nie ufajcie nikomu poza sobą. Bo jeden oszust na stu pomocnych ludzi potrafi zepsuć całe wakacje.
Mam nadzieję, że dla Was to również cenna lekcja. Jeśli ktokolwiek dzięki temu wpisowi uniknie takich „przyjemnych” historii, będę miała poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. :)
#kuba #santaclara #muzeumche #samochod #oszustwo