Miasto z widokówek

Trinidad jest takim miastem, które można zarówno kochać jak i nienawidzić jednocześnie. Z jednej strony jest piękne i malownicze. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kubańskich miast (a w każdym razie tych, które miałam okazję zobaczyć). Ostatecznie pieczę nad nim przejęło UNESCO. Tak więc porządek być musi. Kolorowe zadbane domy, brukowane uliczki… z całą pewnością znacząca większość klimatycznych zdjęć z Kuby, którymi tak bardzo wszyscy się zachwycają będzie wykonana właśnie w Trinidadzie. Jak więc się nie zakochać? Istnieje niestety druga strona medalu. Jeśli coś jest piękne - przyciąga turystów. I to czuć niemal tak samo, jak w centrum Hawany. I nie, żebym miała coś przeciwko turystom (ostatecznie jestem jednym z nich :) ), ale… ja chyba wolę jak miejscowi rzucają na mnie zdziwione i zaciekawione spojrzenia, a nie patrzą na mnie jak na chodzącą portmonetkę. Wolę wejść do miejscowego sklepiku, w którym znajdę lokalne wyroby a nie milion takich samych „unikalnych” bryloczków. I wreszcie… kiedy w restauracji podadzą mi, choćby i niedobre, ale jednak kubańskie przysmaki, a nie ich zamerykanizowaną lub zeuropeizowaną wersję. I niby jacyś panowie grali sobie w warcaby na ulicy, a konie stały „zaparkowane” przed domami. Ale kiedy porównam Trinidad do innych miast czuję delikatną nutkę fałszu. Dlatego myśląc o Trinidadzie mam w głowie prawdziwy dualizm mentalny. I w zasadzie nie do końca czuję to miasto. Ale może najzwyczajniej w świecie marudzę?
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że Trinidad stanowi doskonałą bazę wypadową, a okolica wręcz jest przepełniona atrakcjami. My zwiedziliśmy dwa z nich: Topes de Collantes i półwysep Ancon. Obydwa w zasadzie jednego dnia - da się, choć raczej wyczerpująco i pobieżnie. Ale po kolei!

Topes de Collantes, czyli górski park narodowy, położony jakieś pół godziny jazdy samochodem od Trinidadu, wybraliśmy jako poranny cel naszej podróży. Wyspani i najedzeni wyruszyliśmy. I tak jedziemy sobie zgodnie z tym co wskazuje nam nawigacja i liczne znaki drogowe i wreszcie… zaczyna się las, a droga coraz bardziej pnie się ku górze. „O kurczę…” - myślę i starając się nie denerwować staram się zaufać umiejętnościom Dominika. Musicie być bowiem świadomi - dojazd do atrakcji parku, mimo iż asfaltową drogą, wymaga jednak pewnego doświadczenia w kierowaniu. Drogą jest wąska, bardzo często stroma (co stanowi pewien problem, jak się nie ma samochodu z napędem 4x4) z licznymi „curvas peligrosas”, czyli niebezpiecznymi zakrętami. Często trzeba trąbić, krzyczeć czy wydawać jakikolwiek inny dźwięk, by przypadkiem nie zderzyć się z samochodem z naprzeciwka. Ale… jak już przeżyje się te wielokrotne zawały serca to widok z góry (polecam zatrzymanie się na punkcie widokowym) ostatecznie pozbawi Was tchu. Wreszcie też czuć, że jest się w lesie tropikalnym. Wokół latają kolibry i wielkie motyle, na drzewach rosną storczyki, a ścieżką przechadzają się monstrualne ślimaki…
Ważnym punktem jest centrum informacji, gdzie można dowiedzieć się co nas czeka na poszczególnych szlakach. My wybieramy trasę, która według przewodnika powinna być przyjemna, ale i interesująca - naszym celem będzie Salto del Caburni, czyli wodospad Caburni. Udajemy się więc we wskazane okolice wejścia na szlak i… zanim zdążymy się zastanowić zjeżdżamy prawie że pionową drogą w dół. „Ale jak my stąd wyjedziemy?” - dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że zjechać jest łatwo, ale niekoniecznie wjechać pod górkę. Zestresowani pytamy pierwszej napotkanej Kubanki czy ludzie wjeżdżają tutaj samochodami, czy da radę się stąd wydostać? Starowina kiwa głową, że taaak, że bez probleeemu, ale dajmy jej długopisy, bo jej dzieci do szkoły potrzebują. A jej może parę CUC, to przypilnuje samochodu. No taaak… Szczęśliwie zapewnienie o tym, że jakoś da radę stąd wyjechać i że ludzie sobie jakoś radzą słyszymy także od kasjerki stojącej na wejściu do parku. „Ach my głupi, a jak nam się nie uda? Przecież za wezwanie pomocy zapłacimy majątek” - mimo tych zapewnień chodzą nam po głowie czarne myśli. Staramy się jednak szybko ogarnąć - nie ma co się martwić na zapas, szkoda dnia! Kupujemy więc bilety (około 10 CUC/osoba) i spoglądając po raz ostatni na ten nieszczęsny samochód stojący u podnóża skarpy wyruszamy do Caburni. Szlak jest dobrze oznaczony i, choć co jakiś czas można się natknąć na jakąś grupkę turystów, jednak nie jest to droga na Giewont w lecie i w spokoju można pokontemplować przyrodę. Nam udaje się nawet dostrzec kameleona! Wreszcie, trochę zmęczeni (trasa nie jest aż tak łatwa, jak to sobie wyobrażaliśmy, warto zabrać porządne buty) docieramy na miejsce. Caburni nie są może Niagarą, ale i tak są bardzo malownicze. Można nawet zażyć kąpieli pod wodospadem, jak ktoś ma ochotę (z czego Dominik bez chwili wahania korzysta, rozbierając się do swoich jakże gustownych, białych (niedługo :P), bawełnianych slipków). A jak ktoś się boi głębokiej wody (jak ja :)) może sobie pomoczyć nogi, porobić zdjęcia i ponabijać się z tych pływających. Zwłaszcza jak im gdzieniegdzie ich niezbyt dobrany strój kąpielowy zaczyna prześwitywać ;)
Wykąpani i wypoczęci (powiedzmy) ruszamy w drogę powrotną. A ta nam się ciągnie niczym krówka mordoklejka. Okazuje się, że iść ciężko, wody już brak i jakoś tak źle i niedobrze. Kiedy więc doczłapujemy się do kasy pierwsze co robimy to kupujemy sobie po szklance soku. Uff… Ale było warto!

Po południu natomiast czeka nas wyprawa na półwysep Ancon (tak! Udaje nam się wyjechać samochodem, w zasadzie bez większych problemów :)). Droga jest równie prosta i oznaczona, ale tym razem płaska. Półwysep to w zasadzie bardzo przyjemna plaża. Pierwszy raz dajemy parkingowemu 2 CUC za „popilnowanie” samochodu i najpierw udajemy się na obiad do nadmorskiej restauracyjki. Zamawiamy po rybie, smaczna, aczkolwiek nie zapada na długo w pamięć. W przeciwieństwie do widoków. Ach, to Kubańskie połączenie turkusowej wody i białego piasku. Taaak! Takie miejsca faktycznie istnieją poza folderem biura podróży! Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będzie mi dane w tej pięknej wodzie popływać. Płaszczki, kolorowe rybki i przeklęte jeżowce - takie doborowe towarzystwo będzie z wami baraszkować w ciepłej, czystej wodzie… A to dopiero początek rajskich plaż…
#kuba #trinidad #topesdecollantes #caburni #wodospad #półwysepancon #plaża