Miasto Stu Ogni

Czas ruszyć dalej. Z Playa Larga jedziemy do Cienfiegos - miasta stu ogni (cien - sto, fuegos-ognie). Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to się okaże prorocze… Po drodze - krajobrazy, które dla mnie staną się kwintesencją tego kraju. Bo to nie zaniedbane miasta, nie wymuskane taksówki z minionej epoki i nie mojito utkwiły mi sercu. To ludzie, o których już pisałam i krajobraz. Taki inny, taki jaki być powinien. Soczysta zieleń tropikalnego lasu, farmy z wiatrakami i ich właścicielami na koniach - jak z prawdziwych westernów, dzieci wracające do domu na rowerach w ślicznych mundurkach, przepiękne mangowce ze zwisającymi zeń soczystymi owocami, pasące się krowy… To jest Kuba! Trasa minęła mi więc szybko na zachwytach i średnio udanych próbach robienia zdjęć z jadącego samochodu. Bo gdybyśmy mieli zatrzymywać na każde moje „ach”, myślę, że potrzebowalibyśmy na zwiedzanie jakiegoś dodatkowego miesiąca. Urok szybko pryska, w miarę jak zbliżamy się do miasta (ach te rafinerie!), ale Cienfuegos wydaje mi się dużo bardziej zadbane niż Hawana. Nie ma tylu śmieci, architektura urokliwa, ludzie leniwie przechadzają się poboczem, a po ulicach jeżdżą konne taksówki. Znajdujemy swoją casę - jakie mamy szczęście trafić na wspaniałych właścicieli! Pani z Hostelu „Barcelo” na te dwa dni w zasadzie wcieliła się w rolę naszej matki - tak się o nas troszczyła. Zwłaszcza, jak zobaczyła moje pokąsane nogi :) Podobno zawiadomiła ją już Pani z Playa Larga, że ma się nami opiekować. Nie powiem, było to naprawdę miłe. Aż głupio nam było przyznać, że my tylko na jedną noc…

Ale tymczasem wyruszamy na pierwszy podbój okolicy. Jako iż jest upalne popołudnie postanawiamy najpierw się wykąpać. Przewodnik poleca Rancho Luna - plażę położoną jakieś 10 km od miasta. Pierwsze wrażenie znów zapiera dech - krajobraz wprost niesamowity. To tutaj robię swoje najpiękniejsze (subiektywnie) zdjęcie na Kubie.
Plaża? Jak to plaża… czysta i zadbana (w końcu przy hotelach), ale woda, choć ciepła i z daleka turkusowa to bardzo mętna - przypomina zupę. Moczymy się więc chwilę, trochę opalamy i maksymalnie po godzinie postanawiamy opuścić to miejsce. Dominik, jako badacz morskich głębin (!), gardzi plażami bez rybek. Musimy się więc ewakuować :) Zerkamy jeszcze tylko kątem oka na znajdujące się nieopodal delfinarium. I mimo , że delfiny żyją w morzu, to jednak mają ograniczony teren siatką… Nie, nie… Ja trochę żałuję, ale w pewnym sensie podzielam racje mojego chłopaka. Przykro to mówić, ale to tortura dla tych biednych zwierząt :( Coś a la więzienie, tylko dla tych mądrych ssaków…

Po powrocie do Cienfuegos decydujemy się jeszcze na taką bezcelową włóczęgę po mieście. Przechadzamy się Malecon, którym spacerują dorośli i dzieci w szkolnych mundurkach. Kusimy się na lody (gałka 5 CUP) i podziwiamy zachód słońca. Po zmroku jeszcze chwilka w Parque WiFi (to nasza autorska nazwa :)), gdzie jednym uchem można podsłuchać o czym Kubańczycy dyskutują ze swoimi rodzinami za granicą i czas wracać do hostelu. W końcu jutrzejszy dzień ma być pełen wrażeń!
#kuba #cienfuegos #delfinarium