Cuba Libre

Przedwczoraj, w wieku 90 lat zmarł Fidel Castro - przewódca rewolucji Kubańskiej. Wyspa jest pogrążona w 9-dniowej żałobie. To doskonała okazja by przyjrzeć się nieco, jak Kubańczycy odbierają swoją ojczyznę. I czy faktycznie Fidel jest dla nich bohaterem?

Jeśli zapyta się przeciętnego Kubańczyka czy dobrze mu się żyje to raczej odpowie, że tak. Że przecież ma wszystko czego potrzebuje: darmową edukację, darmowe leczenie… i to jeszcze na jakim poziomie! (bądź co bądź Kuba odnotowuje jeden z niższych współczynników zgonów noworodków oraz całkiem wysoką średnią długość życia). Bo Wy, w Ameryce czy Europie przecież musicie za to płacić! I nie ważne, że nic na tym świecie nie jest za darmo i skoro jawnie za to nie płacą, to jest zabierane im to w horrendalnych podatkach (skąd my to znamy). Viva Fidel! Viva rewolucja!
Czasem jednak nachodzi Kubańczyka nostalgia… że ubrania drogie, że brakuje przyborów szkolnych i że szkoda, że nie stać go na to, żeby wyjechać za granicę… Ale w zasadzie po co? Żyje przecież w tak pięknym kraju...
Można więc powiedzieć, że Kubańczyk jest pogodzony z tym, gdzie i jak żyje. Bardzo często wynika to z nieznajomości realiów. Hawańczycy, z którymi udało nam się porozmawiać na ulicy, dalej myślą, że u nas jest nieco bardziej rozwinięty PRL. Niektórzy, tak jak Adonis, nie wiedzą w ogóle gdzie leży Polska czy Hiszpania, co to Google, więc w zasadzie za tym nie tęskni. A inni myślą, że kapitalizm to zło. Albo że przecież lekarz zarabia 50 CUC miesięcznie! I to tak dużo pieniędzy! No i zawsze w zanadrzu pozostaną turyści…
Jeśli zaś chodzi o kult słynnych rewolucjonistów Fidela czy kolejnej słynnej na wyspie postaci - Che Guevary to jest on wyczuwalny już od samego przyjazdu na wyspę. Nie chcąc się wdawać w tłumaczenia całych zawisłości: kto z kim, po co i dlaczego (zainteresowanych odsyłam do opracowań historycznych czy nawet Wikipedii) wyjaśnię jak to wyglądało z punktu widzenia niezorientowanego turysty. W zasadzie na większości sklepów starszego typu można było zobaczyć hasła wychwalające wodzów, rewolucję czy np. 1 maja. Na murach, domach, podwórkach - tak samo. I może nie było tak, że natykało się na nie za każdym razem, ale zdecydowanie były zauważalne. Zdarzały się także w różnych dziwnych miejscach… nawet na piecach, czy tabliczkach przed domem na jakiejś kompletnej wsi. Widać, że rewolucję Kubańczycy wciąż mają w sercach.
Rzeczami, które zaskoczyły mnie i rozbawiły jedocześnie są billboardy przy wjeździe praktycznie do każdego miasteczka. A co na nich? Nie, nie ma reklam. Są słowa Fidela, który „przybył, zobaczył i pochwalił”. I stwierdził, że mieszkańcy Cienfuegos są tacy i tacy, zaś na przykład w Moron są jeszcze inni. I choć wydaje się to niezwykle śmieszne, to ja jednak wolałabym się dowartościowywać każdego dnia niż widzieć wszędzie reklamy. Których, swoją drogą, na Kubie nie uświadczysz.

Plac Rewolucji.

Niech żyje Fidel.


No i ostatnia kwestia - miejsca, w których w jakiś sposób Kubańscy bohaterowie są uczczeni. Na Kubie byliśmy na Placu Rewolucji (Hawana) i w Muzeum Che (Santa Clara). Oba miejsca łączyło jedno. Wielkie pomniki i pusty betonowy plac przed. Pierwsze skojarzenie? Korea Północna…
#fidel #castro #cuba