Świetliki w ciemnościach

Nasze ostatnie popołudnie w Playa Larga należało do kategorii tych niezapomnianych. Zaraz po powrocie z wycieczki udaliśmy się na poszukiwania Adonisa. Obiecał pokazać nam jak łowić ryby. I słowa dotrzymuje. Z bólem serca zabijamy (ściślej: nasz kubański kolega czyni tą powinność, a my staramy się nie patrzeć) dwa dorodne kraby – będą robić nam za przynętę. Rozkładamy się nad niewielkim jeziorem. Przypomina nieco cmentarzysko krabów, przynajmniej na brzegu - widać, że to popularne łowisko. Adonis sprawnie obrabia skorupiaki – w okamgnieniu wyjmuje mięso ze szczypiec i nadziewa na haczyk połączony z żyłką. Jako, że my doświadczenia w łowieniu nie mamy to na początku tylko się przyglądamy. Nie mija kilka minut i Kubańczyk wyciąga małą, ale piękną rybkę. Krótka sesja zdjęciowa i... konsternacja. „My tej ryby raczej nie weźmiemy...” - mówimy niepewnie. No bo jak i gdzie, co mielibyśmy z nią robić. „Ja też jej nie chcę, lubię łowić dla łowienia, nie dla jedzenia” - stwierdza Adonis i wrzuca ją z powrotem do wody. Tym razem miała szczęście :)

Nadchodzi moja kolej na naukę. Stoję cierpliwie, słuchając w międzyczasie opowieści chłopaka. Niestety, prócz szkieletu kraba nie udaje mi się niczego wyciągnąć z wody. Trudno. I tak cieszymy się, że mogliśmy spróbować. I poprzebywać w towarzystwie naszego przyjaciela. Chcąc, nie chcąc musimy się tymczasowo pożegnać – umówiliśmy się z Noli i Yeni na prawdziwą (w końcu!), kubańską kolację. Pościliśmy na tą okazję cały dzień, więc punktualnie stawiamy się w naszej casie. A Adonisowi obiecujemy, że spotkamy się po jedzeniu.
Kolacja... najlepsza, jaką przyszło nam jeść na Kubie i całkowicie warta swojej ceny (15 CUC za osobę). Rozstawiony stół na ganku. Przytłumione światło. Niesamowita zupa z owoców morza. Ryż, banany smażone w cukrze, chipsy bananowe, warzywa i główny punkt wieczoru: ryba, krewetki, langusta, krab... I przepyszne mojito. Takie, jakie powinniśmy pić na Kubie codziennie. A do tego przesympatyczni Państwo. I ciężko wstać z krzesła...

Ale przecież umówiliśmy się z Adonisem. Trzeba więc ruszyć objedzone brzuchy i ruszyć w stronę niewielkiego baru na środku wioski. Kiedy wreszcie się odnajdujemy, możemy porozmawiać. Okazuje się, że nasz kolega ma żonę. 19-letnią. Żeby nie było zbyt prosto, ona jeszcze studiuje i to spory kawałek drogi od niego (w Camaguey). I ma 3-letnie dziecko. Z tym, że to nie on jest ojcem... Cóż, scenarzyści latynoskich seriali nie muszą się zbytnio wysilać. Wystarczy samo życie...

Zupa z owoców morza.

Ryba, krewetki, langusta, krab.

Mojito.


Nagle gaśnie światło. Nic dziwnego, w końcu gdzieś tam obok szaleje tropikalna burza. Zaczynamy trochę czuć się nieswojo (jak my wrócimy w tych ciemnościach?!), ale Adonis jest zupełnie spokojny. „Tak się czasem zdarza” - wzrusza ramionami i pokazuje, że ma to swoje plusy. Właściciele baru rozkładają świece, wokół fruwają te małe świecące robaczki – stworzyła się całkiem przyjemna atmosfera.
Rozmawiamy więc dalej – trochę o filmach, o muzyce. Okazuje się, że chłopak ma swój zespół (Reyes del Futuro) i coś tam nagrywają („Koniecznie musimy to zgrać” - szepcze Dominik i w pełni się z nim zgadzam). Chwilę później Adonis daje próbkę swojego talentu wokalnego. Widać, że naprawdę sprawia mu to przyjemność.
I tak mija wieczór... Ale kiedy uświadamiamy sobie godzinę, postanawiamy wrócić. W końcu rano trzeba wcześnie wstać. Problem w tym, że elektryczności jak nie było tak nie ma. I jest tak ciemno, że ciężko dostrzec wyciągniętą rękę. Adonis znów przychodzi nam z pomocą i zaprowadza do casy. Dzięki temu mamy szansę pobyć razem jeszcze chwilę. Pośpiewać po drodze (a raczej zostać ZMUSZONYM do śpiewania), zobaczyć sztuczki magiczne (na szczęście, tuz przed wejściem wróciła światłość) i... dostać prezent, który autentycznie nas wzruszy. Bo Adonis, sam z siebie, podarowuje nam pierścionek własnoręcznie wykonany z łyżki, który sam nosił. „Na pamiątkę z Kuby” - jak mówił. Na pamiątkę naszego kubańskiego przyjaciela.

.

.

.

Ale żeby nie zakończyć tak sentymentalnie... następnego dnia rano całe moje nogi i plecy pokryte są czerwonymi, swędzącymi bąblami. Komary... &$%!@, Kubańskie komary...
#kuba #playalarga #adonis #jedzenie