Jak dolecieć, pójść spać i nie zwariować

Tak, jak pisałam już w jednym z poprzednich wpisów, dużą część wakacyjnego budżetu przeznaczonego na Kubę zabierze nam sam bilet lotniczy. Szczęśliwie, można znaleźć wiele promocji, które uczynią naszą podróż znośną dla portfela. Warto też być odrobinę elastycznym względem terminu i pogodzić się z wizytą na Kubie niekoniecznie w szczycie sezonu (co według mnie jest dodatkową zaletą!).
Nam udało się trafić na stosunkowo tani bilet na trasie Berlin – Hawana – Berlin (z przesiadką w Amsterdamie) na lot w czerwcu holenderskim KLMem. Opcja w obie strony, w odstępie około 2,5 tygodnia kosztowała nas niecałe 550 euro. A i tak nie jest to najtańsza możliwość – widzieliśmy gdzieś promocję na lot z Warszawy do Hawany za niecałe 2 tysiące. Aeroflotem :)
Wracając do naszej linii lotniczej, to z „latającym holendrem” mieliśmy już do czynienia podczas podróży do Peru. I, mimo że ma swoje wady, to podróżuje się dość przyjemnie i komfortowo. Tak więc – polecamy.
Z dotarciem do Berlina akurat z Polski też nie ma większego problemu. Nie wiem, jak jest z innymi miastami, ale z Trójmiasta do stolicy Niemiec całkiem szybko możemy dotrzeć pociągiem lub autobusem.
Jeśli trafimy na poranny lot to niestety przyjdzie nam gdzieś spędzić noc. W wersji ekonomicznej (wybranej przez nas) możemy przespać się na lotnisku. I tego akurat nie polecamy. Lotnisko Berlin-Tegel pod względem komfortu zajmuje u mnie niechlubną drugą pozycję najgorszych lotnisk, na jakich przyszło mi przebywać. Zaraz za lotniskiem w Panamie. Da się przeżyć: toalety i jakieś miejsca do siedzenia są, ale do Amsterdamu czy nawet do Warszawy to mu bardzo daleko :)
Z Amsterdamu na Kubę leci się około 10 godzin, przy czym należy pamiętać o sześciu godzinach różnicy czasowej (na Kubie jest sześć godzin wcześniej niż w Europie). W związku z tym w jedną stronę będziemy odbywać lot dniem, a w drugą – nocą (trwającą jednak krótko). Zauważyłam, że nie przeżywam jakoś strasznie skutków jet lagu lecąc na zachód (może odrobinkę wracając). Wydaje mi się, że znalazłam całkiem prosty sposób na to, by w jak najłagodniejszy sposób przystosować się do kraju przeznaczenia. Otóż staram się dzień wcześniej nie spać zbyt długo (co często okazuje się koniecznością – leżąc na metalowych siedzeniach na lotnisku ciężko o porządny sen), a także nie przysypiać w samolocie. Dzięki temu zaraz po przyjeździe (a zwykle jest to późne popołudnie lub wieczór) jestem potwornie zmęczona i kładę się po prostu do łóżka. Później już nie ma problemów i, przemęczając tą jedną noc i dzień w podróży, nie muszę potem tracić dnia na aklimatyzację.
#kuba #samolot #jetlag #zmianaczasu #lot