01.09.2016

Psia wataha, ogromne kraby i Zatoka Świń, czyli Playa Larga

Na naszej liście była ostatnia, a stała się pierwsza. I to nie tylko w kolejności odwiedzin. Playa Larga, bo o niej mowa, sprawiła, że pokochaliśmy Kubę. Bo prócz tego, że jest uroczą wypoczynkową wioską, kawałkiem historii (słynna Zatoka Świń!) i rezerwatem przyrody, jest przede wszystkim miejscem, w którym spotkaliśmy wspaniałych ludzi i spędziliśmy chwile, do których z pewnością nie raz będziemy wracać myślami.

Jedziemy autostradą. Jeszcze zestresowani, jeszcze zauroczeni każdym drzewem, krową czy samochodem. Ale przede wszystkim podekscytowani. Po kilku dniach spędzonych w Hawanie przychodzi wreszcie czas na poznawanie wyspy!
Autostrada przypomina zwyczajne, polskie drogi (no może poza szerokością). I już na wstępie macha do nas fałszywy policjant. Ciesząc się, że nie dajemy się nabrać, jedziemy przez następne dwie godziny, co jakiś czas nerwowo spoglądając na nawigację (czy nie zawiedzie?!).
Po drodze zatrzymujemy się na obiad. Przewodnik radzi: zjedźcie do Finca Fiesta. Zjecie dobrze i tanio. I ma rację. Przechodzimy przez coś w stylu mini zoo, uważając, by nie nadepnąć na wszędobylskie kury z pisklętami i trafiamy wreszcie do zupełnie opustoszałej restauracji na świeżym powietrzu. Do wyboru mamy dwa dnia. Najważniejsze, że smaczne, niedrogie. Nasyceni możemy ruszać w dalszą podróż. Zostało już niewiele. Świadczy o tym zmieniający się krajobraz. Nagle pola zostają zastąpione przez tropikalny las. Jest! Wielka rzeźba kraba i czołg jeszcze z czasów inwazji w Zatoce Świń wita nas w Playa Larga. Teraz tylko znaleźć naszą casa particular... Okazuje się, że to wcale nie takie proste. Błądzimy, ale dzięki pomocy miejscowych, w końcu docieramy na miejsce. Do casa Noli y Yeni.
Yeni i Noli. Niezwykle sympatyczne małżeństwo. Od razu się z nimi zaprzyjaźniamy. Casa także niczego sobie, kilka kroków od plaży.
20.08.2016

Taxi, amigo!

Podczas naszego pobytu na Kubie spotkaliśmy różnych ludzi. Przesympatycznych, takich do których często wracamy myślami, a także takich, którzy niekoniecznie są warci naszej pamięci. Odrębną jednak grupę stanowią Hawańczycy. Jakoś tak już jest, że mieszkańcy stolic zawsze się wyróżniają :)
Wybierając się na spacer po Hawanie niestety trzeba się uzbroić w duże pokłady cierpliwości. "Taxi, amigo?", "Hola, my friend" czy "Psssst" towarzyszyło nam niemalże na każdym kroku. I o ile na początku jest zabawne, dodaje lokalnego kolorytu, to po dłuższym czasie staje się irytujące. Wystarczy spojrzeć dłuższą chwilę na rikszę, czy taksówkę, by zaraz ktoś zawołał, podszedł i zaczął namawiać na wycieczkę po mieście. Bo faktem jest, że turyści traktowani są jako studnia bez dna z której najłatwiej wyciągnąć trochę peso. A że najczęściej są nieco zagubieni i podróż na Kubę traktują jako wycieczkę życia to lokalni naciągacze nie narzekają na brak klientów. Prócz przejazdów czymkolwiek, sprytni Hawańczycy proponują wspólne zdjęcia czy cygara "po okazyjnej cenie, tylko dziś". Naszym hitem okazały się też festiwale salsy - proponowane kilkakrotnie, przez różnych ludzi, o różnych porach. Łączyło je jedno - były specjalnie dla nas, po specjalnej cenie i w żadnym wypadku nie mogliśmy na nie pójść innego dnia, bo zawsze się kończyły za kilka godzin.
Na takie propozycje nie powinniśmy przystawać, chyba, że wolimy stracić trochę gotówki. Nie, nikt nas nie okradnie. W każdym razie nie bezpośrednio (ponoć na Kubie kara za kradzież wyższa niż za morderstwo). Za to będziemy musieli kupić horrendalnie drogie drinki dla nowych, kubańskich przyjaciół, może dać jakiś napiwek, zapłacić za to i za tamto...
Jako, że mniej (ja) więcej (Dominik) znamy hiszpański zwykle (głównie na początku) wdawaliśmy się z Hawańczykami, zaczepiającymi nas na ulicy w dyskusje. Bo nie ma w podróżowaniu nic bardziej fascynującego od poznawania nowych ludzi. I, trzeba przyznać, większość z nich lubiła chyba z nami rozmawiać. Zwłaszcza, że mogli mówić swobodnie, w swoim języku. Pytali skąd jesteśmy, skąd znamy hiszpański, jak nam się teraz żyje w Polsce. Jedni robili to z czystej ciekawości, inni z konkretnym motywem naciągnięcia nas na parę peso.
11.08.2016

Hawana część 2. (lotnisko)

Po spacerze na Habana Vieja cofnijmy się odrobinę w czasie. Umęczeni trudami podróży wysiadamy na lotnisku w Hawanie. Biorę pierwszy wdech po wyjściu z samolotu i uderza mnie, tak znajome z zeszłorocznej przesiadki w Panamie, gorące, wilgotne powietrze. Pachnące tropikami tak, jak nigdzie indziej na świecie. Dociera do mnie, że tak, udało się, dotarliśmy cali i zdrowi na Kubę! Ale zaraz potem nie daje mi spokoju myśl – i co teraz, co teraz? Próbuję sobie przypomnieć, co radziły przewodniki, fora i blogi, które przeglądałam przed wyjazdem. A co, jeśli nas nie wpuszczą? Nie dopuszczam w ogóle takiej możliwości. Nie chcę ugotować się w moich długich, czarnych legginsach z plecakiem na nieklimatyzowanym lotnisku. Co prawda jest w zdecydowanie w lepszym stanie niż berliński Tegel, ale tylko dla wytrwałych koneserów tropikalnych klimatów. Bądź Kubańczyków, na których nie widać ni kropli potu. Ach, jak ja im zazdroszczę!
Trzymając kurczowo teczkę ze wszystkimi dokumentami kierujemy się do widocznej w oddali ogromnej kolejki do kontroli celnej. „No tak, Kuba…” – wzdycham i ustawiam się cierpliwie na jej końcu, przecierając wilgotne czoło. Po czterdziestu minutach udaje się – docieramy do namalowanej na ziemi linii. Chcemy podejść do okienka wspólnie, bo przecież mamy jedno potwierdzenie noclegu, wspólne pieniądze. Ale wzywani jesteśmy pojedynczo. Na szczęście nic od nas nie chcą – krótkie przejrzenie paszportu, podbicie tarjeta de turista, pytanie o pobyt w Afryce (wirus Zika!) , fotka na pożegnanie i… można ustawić się w następnej kolejce. Tym razem kontrola bezpieczeństwa. Ufff… to chyba koniec. Jeszcze tylko odebrać bagaże (żebyśmy tak szybko stąd nie uciekli nasze pojawiają się na samym końcu) i, po prawie dwóch godzinach od wylądowania, możemy wyruszać dalej.
06.08.2016

Hawana część 1. (La Habana Vieja)

Hawana to miasto, wobec którego nie można przejść obojętnie. Ale z pewnością Hawana dziś to nie jest ta Hawana znana z „Dirty Dancing”. Mieliśmy okazję się jej przyjrzeć przez około tydzień. Wnioski? Duże, zaniedbane miasto, mające aspiracje i warunki, by na powrót odzyskać swój dawny blask.
Niestety, z Kubą to w większości jest tak, że przyroda zapiera dech w piersiach, a o miastach chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Nie powiem, mają swój potencjał. Nawet ogromny. Piękne kolonialne domy, z licznymi rzeźbieniami, o ciekawej architektonicznej formie z pewnością były kiedyś chlubą wyspy. No właśnie. Kiedyś. Dziś ogromna ich część przypomina ruinę – jest zaniedbana i po prostu brzydka. I o ile potrafię zrozumieć biedę i brak funduszy na remont, to wyrzucania śmieci na ulicę i zwykłego niechlujstwa nie potrafię w żaden sposób usprawiedliwić.
Taki los spotkał Hawanę. Ścisłe centrum historyczne jest sukcesywnie odnawiane, również przez europejskie firmy, hotele i duża część zachodniej Hawany trzyma poziom, natomiast reszta... cóż... z pewnością ma swój niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju klimat. Ale dość narzekania! Ostatecznie znajdujemy się w miejscu kultowym. I rzeczywiście, La Habana Vieja (Stara Hawana) przypomina, że miasto to mogło być kiedyś mekką artystów i kolonialną perłą.
My zaczęliśmy zwiedzanie tej urokliwej części Hawany od Castillo de San Salvador de la Punta, do którego dotrzemy idąc po prostu wzdłuż nadmorskiej promenady, zwanej Malecon. Budowla ta, wraz ze znajdującym się naprzeciw Castillo de los Tres Reyes del Morro, miała strzec wejścia do miasta.
27.07.2016

Jak dolecieć, pójść spać i nie zwariować

Tak, jak pisałam już w jednym z poprzednich wpisów, dużą część wakacyjnego budżetu przeznaczonego na Kubę zabierze nam sam bilet lotniczy. Szczęśliwie, można znaleźć wiele promocji, które uczynią naszą podróż znośną dla portfela. Warto też być odrobinę elastycznym względem terminu i pogodzić się z wizytą na Kubie niekoniecznie w szczycie sezonu (co według mnie jest dodatkową zaletą!).
Nam udało się trafić na stosunkowo tani bilet na trasie Berlin – Hawana – Berlin (z przesiadką w Amsterdamie) na lot w czerwcu holenderskim KLMem. Opcja w obie strony, w odstępie około 2,5 tygodnia kosztowała nas niecałe 550 euro. A i tak nie jest to najtańsza możliwość – widzieliśmy gdzieś promocję na lot z Warszawy do Hawany za niecałe 2 tysiące. Aeroflotem :)
Wracając do naszej linii lotniczej, to z „latającym holendrem” mieliśmy już do czynienia podczas podróży do Peru. I, mimo że ma swoje wady, to podróżuje się dość przyjemnie i komfortowo. Tak więc – polecamy.
Z dotarciem do Berlina akurat z Polski też nie ma większego problemu. Nie wiem, jak jest z innymi miastami, ale z Trójmiasta do stolicy Niemiec całkiem szybko możemy dotrzeć pociągiem lub autobusem.
Jeśli trafimy na poranny lot to niestety przyjdzie nam gdzieś spędzić noc. W wersji ekonomicznej (wybranej przez nas) możemy przespać się na lotnisku.
najnowsze wstecz dalej najstarsze