Panama - Kostaryka - Nikaragua

W zasadzie pomysł zwiedzenia Panamy narodził się w naszych głowach już kilka lat temu, podczas przesiadki w drodze do Peru. I choć wtedy przeklinałam ogromnie Tocumeńskie lotnisko uważając je za najgorsze na świecie (!) to widoki za oknem nie pozostawały złudzeń – my tutaj wrócimy! I tak się stało – naszą podróż w krainę ogromnych wieżowców, bajecznych wysp, wulkanów, leniwców i papug odbyliśmy w maju. A jeśli komuś nie chce czytać się dalszych wpisów to mówiąc krótko... polecamy!


Plan był w zasadzie prosty. Zwiedzamy Panamę (kraj, jak i jego stolicę o tej samej nazwie), następnie przemieszczamy się do Kostaryki, Nikaragui a potem wracamy do Panamy. I chociaż życie czasem pisało swoje scenariusze to w ogólności udało nam się zrealizować to, co chcieliśmy, a nasza trasa wyglądała mniej więcej w ten sposób:


Na trzy tygodnie (z czego około dwóch tygodni na Kostarykę i Nikaraguę) jak znalazł. Nieskromnie mogę powiedzieć, że już mam wprawę a każda kolejna podróż staje się coraz bardziej przemyślana. Tym razem chyba bardzo dobrze wyważyliśmy intensywne zwiedzanie z relaksującym wypoczynkiem. A wracając do Polski czuliśmy tylko satysfakcję – nie zawiedliśmy się na niczym. No może... oprócz jedzenia :)

Co w skrócie, udało nam się zobaczyć?
1. Panamę (miasto) – czyli miasto w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Bo są i ogromne „Trump towers” i historyczne centrum i wiele przyrody. A do tego wszystko... jakieś takie zupełnie nielatynoskie i uporządkowane.
2. Kanał Panamski – wiadomo, „must have” każdego wyjazdu do Panamy. I chociaż do dziś nie wiem jak do końca cały ten kanał działa to jedno jest pewne – robi wrażenie.
3. San Jose – hmm... w zasadzie moje nastawienie do południowoamerykańskich miast jest chyba już znane i jeśli miałabym napisać coś o San Jose... to raczej nie spędzajcie tam więcej czasu niż jeden dzień.
4. Parki Narodowe Kostaryki – to był nasz główny cel w Kostaryce – przemieszczaliśmy się więc od jednego parku do drugiego (a w sumie zwiedziliśmy ich aż 5!) w poszukiwaniu kolejnych gatunków zwierząt. A przy okazji zobaczyliśmy błękitne jeziora, wulkany i piękne plaże.
5. Wyspa Ometepe – czyli kawałek Nikaragui – chociaż zwiedzana na wpół przytomnie to narobiła nam smaka na więcej.
6. Rejon Darien – trochę tajemnicze, mało uczęszczane, ale jakże ciekawe miejsce. To tam kończy się Panamerikana i do Kolumbii można popłynąć tylko łodzią. To tam sprawdzają każdy przejeżdżający pojazd i to tam można poznać prawdziwych, choć nieco już ucywilizowanych Indian.
7. San Blas – wyobraźcie sobie, że znajdujecie się na wyspie, którą można obejść spacerem w 15 minut. Że nie ma tam zasięgu, a prąd jest dostępny tylko przez kilka godzin dziennie. I że jedynymi waszymi zmartwieniami są: wpatrywanie się we wschody i zachody słońca, pływanie w kryształowej wodzie lub leżenie na złocistym piasku pod palmami. I nie, nie to nie jest raj. To „tylko” Panama :)


Ciekawi? A więc... ciąg dalszy nastąpi (i to całkiem niebawem!)

Dookoła wyspy

Gdy kupiliśmy już bilety i dotarło do nas, że: „tak! Jedziemy na Kubę!” usiedliśmy i zaczęliśmy planować. Na początku ambitnie.
„Przejedziemy dookoła całą wyspę! A co!” - myśleliśmy. Przecież nie jest taka duża... Z czasem jednak uświadomiliśmy sobie brutalną rzeczywistość. Dwa tygodnie (z kawałkiem) to zdecydowanie za mało na taką wyprawę. Oczywiście, moglibyśmy do każdego miejsca wpadać jak po ogień, nie ciesząc się pobytem i zaliczając tylko bez zatrzymania kolejne punkty. Po namyśle zrezygnowaliśmy z tej opcji i, choć dalej objazdowo, postawiliśmy na podróżowanie w którym mamy czas na zatrzymanie się, spojrzenie w morze i spokojne zjedzenie śniadania. Dlatego też udało nam się objechać (tylko lub aż) jakąś jedną trzecią wyspy. A zobaczyliśmy w zasadzie prawie wszystko co Kuba może nam zaofiarować: miasta, pola, wysokie góry, zielone równiny, plantacje, lasy i przepiękne morze z zachwycającymi 'cayos'. Jedyne, czego żałujemy, to fakt, że nie udało nam się dojechać do Vinales (mieliśmy w planach jednodniową wycieczkę z Hawany, ale po naszej niezbyt przyjemnej przygodzie opisanej tutaj musieliśmy sobie odpuścić) i Guantanamo (nie, żeby fascynowały nas amerykańskie bazy wojskowe, ale ciekawie brzmi „byliśmy w Guantanamo” :) ). Na szczęście nic straconego. Przecież obiecaliśmy wszystkim naszym Kubańskim przyjaciołom, że jeszcze tam wrócimy!
W każdym razie dwa tygodnie to wystarczający czas na poznanie i rozsmakowanie się w Kubie. W każdym miejscu spędziliśmy dwie noce (prócz Cienfuegos i Hawany) i nie musieliśmy jeździć nocami ani jakoś specjalnie się męczyć. Chwilami podróż bywała nużąca, na szczęście nasza najdłuższa trasa (Trinidad-Remedios) wynosiła około 3 godzin, więc dało się przeżyć.

  1. Hawana – w niej spędziliśmy najwięcej czasu (cztery pierwsze noce i dwie ostatnie, czyli w sumie niecały tydzień) i jeśli mielibyśmy robić jakieś poprawki w naszym planie to zdecydowanie skrócilibyśmy pobyt właśnie w stolicy, która mimo iż fascynująca i ciekawa to jest też brudna, hałaśliwa i na dłuższą metę męcząca.

  2. Hawana – Playa Larga – pierwszy wyjazd z miasta, prosta, wygodna droga Autopistą i fascynacja każdą rzeczą spotkaną po drodze (jeszcze wszystko jest nowe i takie... egzotyczne)

  3. Playa Larga – Cienfuegos – niezbyt długa trasa; w Cienfuegos spędziliśmy tylko jedną noc, bo w zasadzie, prócz całkiem przyjemnego miasteczka, okolica nie posiada zbyt wielu atrakcji

  4. Cienfuegos – Trinidad – najpiękniejszy, najbardziej malowniczy przejazd. Z Cienfuegos wyjeżdżaliśmy popołudniu, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, co w połączeniu z obrazem gór w oddali oraz przepięknymi polami i pastwiskami tworzy zapierający dech w piersiach widok. Choć to najkrótsza trasa, zajęła nam stosunkowo dużo czasu, bo nie mogliśmy przejść obojętnie wobec takich krajobrazów i co chwila przystawaliśmy robić zdjęcia.

    Widoki z najbardziej malowniczej trasy.

    Witamy w Trinidadzie!


  5. Trinidad – Moron (przez Sancti Spiritus) - Cayo Coco – najdłużej trwająca podróż, nieco nużąca (przez w zasadzie monotonne, powtarzające się widoki). Warto w zatrzymać się w Sancti Spiritus, zrobić sobie chwilę przerwy i nabrać sił na dalszą jazdę. Radzę nie słuchać nawigacji i jechać przez Ciego de Avila. Nas pokierowała „drogą” przez Tamarindo, która... składała się praktycznie z samych dziur. Musieliśmy jechać maksymalnie 30 km/h cały czas modląc się, żeby nie odpadło nam koło. Przejazd z Moron do Cayo Coco jest bardzo prosty, prowadzi przez usypaną groblę środkiem morza, co samo w sobie stanowi nie lada atrakcję. I, oczywiście, jest kolejnym, niezapomnianym przeżyciem.

  6. Moron - Remedios (Cayo Santa Maria) – podróż do Remedios w zasadzie nie wyróżnia się niczym specjalnym. Nie jest ani przesadnie trudna ani zapierająca dech w piersiach. Na Cayo Santa Maria jedzie się podobnie jak na Cayo Coco – usypaną groblą.

  7. Remedios – Matanzas (przez Santa Clara) – Varadero – niestety, przejazd do Matanzas nie należał do najprzyjemniejszych. Najpierw przystanek w Santa Clara, który na początku wydawał się niezwykle interesujący (mauzoleum Che!), ale skończył się dla nas dość nieciekawie (przeczytajcie tutaj), a później napotkana po drodze burza i dalsza jazda w strugach deszczu z nastrojem bardziej pasującym do pogrzebu niż do wakacji. Na szczęście po burzy zawsze wychodzi słońce i podróż do Varadero następnego dnia odbyła się już z uśmiechem na twarzy. Jadąc do tego popularnego kurortu można od razu odczuć, że jest to miejsce nastawione na turystów – drogi są wyjątkowo zadbane, nie ma dziur, a i trawa wokół idealnie zielona i przystrzyżona.

  8. Matanzas – Hawana – kolejna krótka podróż. Po drodze jeden malowniczy punkt widokowy i niestety.... wiele fabryk (a także miejsc wydobycia ropy) wydzielających przykry zapach siarkowodoru, który czuć ze znacznej odległości. Na tej trasie okna muszą być szczelnie zamknięte :)