Zabójcze słońce

Główną atrakcją Cienfuegos jest przejazd łódką po Bahia de Cienfuegos (Zatoce Cienfuegos) na jej drugi brzeg - do Jagua. To taka przyjemna, kilkugodzinna wycieczka (godzina promem w jedną stronę i minimalnie godzina na lądzie pomiędzy kursami). Dlatego też wyposażeni w godziny kursowania promiku (radzę sprawdzić dzień wcześniej, kursów jest zaledwie kilka dziennie) co świt wyruszamy na miasto, by jeszcze trochę pozwiedzać. Przechadzamy się więc spokojnymi uliczkami najładniejszej części miasta, zatrzymując się raz po raz na cś do picia (refresco 2 CUP), gdyż słońce już od samego rana pali niemiłosiernie.
A co zwiedzić w samym Cienfuegos?
Na pewno centrum historyczne - niewielkie, ale całkiem urokliwe. Warto też trochę pobłądzić w bocznych uliczkach - Cienfuegos to takie trochę miasto artystów i małych galeryjek. Wśród standardowego asortymentu sprzedawanego turystom możemy natknąć się na prawdziwe artystyczne perełki. Sama chciałam nabyć to i owo (pamiętajcie, potargujcie się trochę :)), aczkolwiek trochę bałam się, czy uda mi się to przewieźć w jednym kawałku. Ale byłam naprawdę urzeczona. No i niestety potem plułam sobie w brodę, że się jednak nie zdecydowałam, widząc, jaka jest jakość i cena tych sprzedawanych w Trinidad czy w samej Hawanie…
Prócz centrum koniecznie trzeba wybrać się wspomniany już w poprzednim wpisie Malecon i niewielkie molo, położone tuż obok przystani promowej. Bardzo przyjemne, można usiąść i pokontemplować widok na zatokę. Cóż tam musi się dziać o zachodzie słońca…



Sam przejazd promem kosztuje 1 CUC od osoby w jedną stronę. Jest zapełniony po brzegi, miejscowi podróżują z różnymi, ciekawymi pakunkami, więc, żeby nie stać godzinę pomiędzy jednym Kubańczykiem a drugim, ściśniętym jak sardynka, warto być trochę wcześniej i znaleźć sobie dobre miejsce. Opcje są generalnie dwie: na zewnątrz - orzeźwiająco, z dobrymi widokami, ale jeśli nie macie wodoodpornego aparatu albo futerału to nie polecam (chlapie konkretnie :) ) lub wewnątrz - zdecydowanie suszej, ale tłoczniej. No i jeśli nie uda się znaleźć miejsca siedzącego to czeka nas godzina bez widoków na stojąco. Coś za coś :)



Gdy w końcu dobijamy do naszego celu (prom robi też kilka przystanków po drodze) mamy chwilę na zwiedzanie. Nad zatoką góruje Castillo de Jagua - forteca z XVIII wieku (wstęp płatny, 2 CUC). Sama wioska dookoła niej też jest całkiem ciekawa. Co krok możemy natknąć się na hasła sławiące rewolucję (tak, nawet na takiej wsi!) czy bawiące się procą dzieci.


Niestety, na dokładniejsze zwiedzanie nie ma zbytnio czasu, a w naszym przypadku to nawet i siły. I chociaż bardzo byśmy chcieli to słońce nie daje nam żyć - jesteśmy czerwoni jak raki. Ja chociaż się regularnie smarowałam (wysokie filtry przeciwsłoneczne to na Kubie konieczność) i prócz delikatnych zaczerwienień nic mi się specjalnego nie dzieje, ale widzę, że Dominik będzie cierpiał przez następne kilka dni - na odsłoniętych ramionach zaczynają mu się tworzyć duże, pooparzeniowe bąble… I w tym momencie chciałoby się po prostu powiedzieć - A NIE MÓWIŁAM? Bo prosiłam, żeby się posmarował. Prosiłam. Ale po co? Przecież ja się nie spalę…Ech, kto by tam słuchał gderającej na uchem baby :)
Podróż powrotna była więc przez co niektórych całkowicie przespana. Martwiłam się nieco czy przypadkiem nie dostał udaru, ale na szczęście kupił sobie wcześniej czapkę Che Guevary (jedną z typowych kubańskich pamiątek) i to ona uchroniła go od poważniejszych konsekwencji. Uff…

Morał z tej historii jest więc krótki i niektórym znany - smaruj się na Kubie, bo będziesz zjarany *


* albo słuchaj swojej dziewczyny/żony/matki/babki/siostry/przyjaciółki/teściowej - tak, to ona ma rację :)

Miasto Stu Ogni

Czas ruszyć dalej. Z Playa Larga jedziemy do Cienfiegos - miasta stu ogni (cien - sto, fuegos-ognie). Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to się okaże prorocze… Po drodze - krajobrazy, które dla mnie staną się kwintesencją tego kraju. Bo to nie zaniedbane miasta, nie wymuskane taksówki z minionej epoki i nie mojito utkwiły mi sercu. To ludzie, o których już pisałam i krajobraz. Taki inny, taki jaki być powinien. Soczysta zieleń tropikalnego lasu, farmy z wiatrakami i ich właścicielami na koniach - jak z prawdziwych westernów, dzieci wracające do domu na rowerach w ślicznych mundurkach, przepiękne mangowce ze zwisającymi zeń soczystymi owocami, pasące się krowy… To jest Kuba! Trasa minęła mi więc szybko na zachwytach i średnio udanych próbach robienia zdjęć z jadącego samochodu. Bo gdybyśmy mieli zatrzymywać na każde moje „ach”, myślę, że potrzebowalibyśmy na zwiedzanie jakiegoś dodatkowego miesiąca. Urok szybko pryska, w miarę jak zbliżamy się do miasta (ach te rafinerie!), ale Cienfuegos wydaje mi się dużo bardziej zadbane niż Hawana. Nie ma tylu śmieci, architektura urokliwa, ludzie leniwie przechadzają się poboczem, a po ulicach jeżdżą konne taksówki. Znajdujemy swoją casę - jakie mamy szczęście trafić na wspaniałych właścicieli! Pani z Hostelu „Barcelo” na te dwa dni w zasadzie wcieliła się w rolę naszej matki - tak się o nas troszczyła. Zwłaszcza, jak zobaczyła moje pokąsane nogi :) Podobno zawiadomiła ją już Pani z Playa Larga, że ma się nami opiekować. Nie powiem, było to naprawdę miłe. Aż głupio nam było przyznać, że my tylko na jedną noc…

Ale tymczasem wyruszamy na pierwszy podbój okolicy. Jako iż jest upalne popołudnie postanawiamy najpierw się wykąpać. Przewodnik poleca Rancho Luna - plażę położoną jakieś 10 km od miasta. Pierwsze wrażenie znów zapiera dech - krajobraz wprost niesamowity. To tutaj robię swoje najpiękniejsze (subiektywnie) zdjęcie na Kubie.
Plaża? Jak to plaża… czysta i zadbana (w końcu przy hotelach), ale woda, choć ciepła i z daleka turkusowa to bardzo mętna - przypomina zupę. Moczymy się więc chwilę, trochę opalamy i maksymalnie po godzinie postanawiamy opuścić to miejsce. Dominik, jako badacz morskich głębin (!), gardzi plażami bez rybek. Musimy się więc ewakuować :) Zerkamy jeszcze tylko kątem oka na znajdujące się nieopodal delfinarium. I mimo , że delfiny żyją w morzu, to jednak mają ograniczony teren siatką… Nie, nie… Ja trochę żałuję, ale w pewnym sensie podzielam racje mojego chłopaka. Przykro to mówić, ale to tortura dla tych biednych zwierząt :( Coś a la więzienie, tylko dla tych mądrych ssaków…

Po powrocie do Cienfuegos decydujemy się jeszcze na taką bezcelową włóczęgę po mieście. Przechadzamy się Malecon, którym spacerują dorośli i dzieci w szkolnych mundurkach. Kusimy się na lody (gałka 5 CUP) i podziwiamy zachód słońca. Po zmroku jeszcze chwilka w Parque WiFi (to nasza autorska nazwa :)), gdzie jednym uchem można podsłuchać o czym Kubańczycy dyskutują ze swoimi rodzinami za granicą i czas wracać do hostelu. W końcu jutrzejszy dzień ma być pełen wrażeń!

Kubańskie teledyski

Ranek w Playa Larga przywitał nas pięknym, gorącym słońcem. „To nasza ostatnie chwile tutaj...” – pomyślałam trochę z nostalgią, a trochę z podnieceniem (ahoj, przygodo! czas na coś nowego!). W planach mamy wyruszenie skoro świt, ale Dominik upiera się, że musimy zgrać piosenki Adonisa. Nie ma opcji, byśmy wyjechali bez nich. Niestety, okazuje się, że nasz kolega pracuje od 7 do 11. Czyli nici z ambitnych planów. „Trudno. Oby było warto.” – myślę starając się po prostu cieszyć chwilą w pięknym miejscu. Nie spieszymy się więc zbytnio. Rozkoszujemy ostatnim śniadaniem, robimy pamiątkowe zdjęcia, dokarmiamy psy na pożegnanie...

Wreszcie decydujemy się pójść do domu Adonisa. Jak na złość ciągle go nie ma. Ale od czego ma się rodzinę! Chwila rozmowy i już sympatyczny wujek naszego kolegi prowadzi nas w kierunku miejsca, gdzie powinien być Adonis. Po drodze ucinamy sobie pogawędkę. Na temat Adonisa, Kuby, krokodyli („Jecie krokodyle?” „Tak” „Ale przecież są pod ochroną” „Ale są bardzo dobre” :)). W końcu jest! Wspólnymi siłami odnajdujemy Kubańczyka. Jest zaskoczony tym, że jeszcze tu jesteśmy. Ostatecznie pożegnaliśmy się już wczoraj... Ale jak tu wyjechać bez takiej pamiątki, jakim jest jego muzyka! Chcemy przekonać się, co on tam tworzy. Może odkryjemy kogoś na miarę Pitbulla?
Umawiamy się, że skoczy tylko do domu po pendrive’a, a my poczekamy w casa. Mamy więc czas na ostateczne spakowanie się, rozliczenie i pożegnanie. Na pamiatkę od przemiłych Państwa Noly i Yeni dostajemy kubańską bransoletkę i... spray na komary, bo przerażeni nie mogą przestać patrzeć na moje pokąsane nogi. Dodatkowo zapraszają nas ponownie za jakiś czas. Może w powiększonym gronie? Nie tak prędko ( :) ), ale obiecujemy, że jeśli mielibyśmy kiedyś ponownie zawitać na wyspę, to byłby to obowiązkowy punkt naszej wyprawy.
Pozostaje nam tylko czekać na Adonisa... i tak czekamy, czekamy, wybija południe... wreszcie jest! Przynosi pendrive’a, przegrywamy wszystko, co na nim jest i dajemy mu też nasze, wspólne zdjęcia. Chłopak chce się pochwalić jeszcze swoim teledyskiem, więc na pożegnanie jeszcze go oglądamy. I...cóż... szczęka mi opada do samej podłogi. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego. Kątem oka widzę, że Dominik też w ciężkim szoku. „Khm... cudownie Adonis. Jest na prawdę super.”- uśmiechamy się myśląc jedynie „WTF?!!”. Cóż... Pitbulla to z niego nie będzie, ale widać, że się chłopaki starały. Zresztą zobaczcie sami.... https://www.youtube.com/watch?v=oiwwNY4BPlY

Jak to z tymi pieniędzmi jest....

Jednym z najczęściej powtarzających się pytań dotyczących wyjazdu na Kubę jest kwestia pieniędzy. „Bo słyszeliśmy, że jest jakaś specjalna waluta dla turystów”, „Bo czytałem, że nie brać dolarów”... No właśnie, więc jak to z tymi pieniędzmi na Kubie w zasadzie jest?

Na Kubie obowiązują dwie waluty: CUC (peso convertible) - oficjalna waluta przeznaczona dla turystów i CUP (moneda nacional) – w niej Kubańsczycy otrzymują swoje wynagrodzenie. Sposoby ich wymowy chyba każdy ustala indywidualnie. Słyszeliśmy opcję z „se u se” (chyba najbardziej poprawna ?), „kuk”, „kup”, „se u pe” i jeszcze kilka innych . Jeśli chcemy mieć więc pewność, że zostaniemy dobrze zrozumiani, zwłaszcza, jeśli nie mówimy o hiszpańsku, warto zapamiętać i używać pełnych nazw. Bardzo prosto je odróżnić. Na banknotach CUC są różnego rodzaju Kubańskie pomniki, natomiast CUP to Kubańscy bohaterowie narodowi. Ten sposób rozróżniania trzeba dobrze zapamiętać jeśli nie chcemy zostać oszukani. Bowiem wzajemna relacja obu walut wynosi mniej więcej 1 CUC = 24/25 CUP. Tak więc jeśli zapłaciliśmy banknotem z „pomnikiem” a otrzymaliśmy resztę w „głowach” - prawdopodobnie coś jest nie tak i otrzymaliśmy 1/25 tego, co powinniśmy.
Tak naprawdę nie ma żadnego problemu, aby turysta, prócz CUC, także nabył nieco moneda nacional. W kantorze nie robili żadnego problemu, z tym, że należy pamiętać iż tylko CUC możemy zamienić na CUP. Zapytacie – po co? Otóż jeśli będziecie chcieli zasmakować nieco kubańskiego trybu życia, kupować owoce na straganach czy napoje w ulicznych sklepach z pewnością korzystniej będzie płacić w CUP. W zasadzie w każdym miejscu przyjmą również CUC, ale w miejscach bez oficjalnego przelicznika (który spotkacie w większych sklepach czy restauracjach) kurs niekoniecznie może być korzystny. Tylko uwaga! Wymieniać opłaca się raczej niewielkie kwoty. Z pewnością jakaś ilość CUP jest przydatna, aczkolwiek to jednak CUC będzie walutą, którą będziecie mogli płacić w zasadzie wszędzie. Za CUC kupicie benzynę, zapłacicie za obiad w restauracji czy pobyt w casa particular. W CUC podane są ceny wszystkich turystycznych pamiątek i kaucja za wynajem samochodu.
Tak więc:

Protip 1
Wymieńcie niewielką (np. 5-10) ilość CUC na CUP i dokupujcie w razie potrzeby więcej.


A jak to właściwie jest z tym przelicznikiem? Jaką walutę warto na Kubę ze sobą zabrać? Otóż Kubańskich banknotów nie otrzymacie w żadnym kantorze na świecie. Nie wolno ich bowiem wywozić poza wyspę. Na szczęście nikt tego nie sprawdza, więc można zabrać coś na pamiątkę. Hitem są banknoty 3 CUP z wizerunkiem Che Guevary (bardzo często sprzedawane turystom za wielokrotność ich rzeczywistej wartości). Jeśli jednak świadomie nie chcecie nic ze sobą zabierać, warto zamieniać przywiezione pieniądze partiami, a potem wszystko wydać lub z powrotem wymienić, gdyż Kubańskie peso do niczego nam się w Polsce nie przyda. Na szczęście kantory są także przy bramkach na lotnisku.
Waluty, które wymienicie na CUC na Kubie, wraz z aktualnym kursem są wymienione na stronie Centralnego Banku Kuby: http://www.bc.gob.cu/English/home.asp
Jak widać 1 CUC to 1 dolar. Jednakże przy zamianie w kantorze dolary obciążone są dodatkowym podatkiem, więc niekoniecznie jest to korzystne. Dlatego też najwięcej osób przyjeżdża z euro bądź brytyjskimi funtami. My zabraliśmy właśnie euro, ale bardzo żałowaliśmy, że nie wzięlismy ze sobą dolarów kanadyjskich. Miały zdecydowanie najbardziej korzystny kurs i były honorowane w każdym odwiedzanym przez nas kantorze.

Protip 2
Jadąc na Kubę zabierz ze sobą dolary kanadyjskie i euro bądź funty brytyjskie.


Nawiązując do tego, co napisałam wyżej, po Kubie podróżuje się raczej z gotówką. Kartę warto wziąć, ale w zasadzie w większości miejsc nie uświadczy się terminali. Może się ona jedynie przydać w bardzo awaryjnych sytuacjach lub przy zapłacie kaucji za samochód. Wcześniej trzeba się upewnić, czy Wasz bank honoruje płatności na Kubie i powiadomić go o planowanym wyjeździe.
Tak więc niestety, trzeba zabrać ze sobą trochę gotówki i pilnować jej jak oka w głowie. I przez to, to właśnie do kantorów były największe kolejki, jakich uświadczyliśmy na Kubie.
Na szczęście i na to jest rada. Zaraz po przylocie na lotnisko w Hawanie z pewnością przerazi Was ogromna kolejka do kantoru tuż przed wyjściem do terminalu. Kierują tam swoje pierwsze kroki wszyscy turyści i stoją tak przynajmniej godzinę: zmęczeni, spoceni i zirytowani. Wystarczy wejść do środka i udać się do hali odlotów. Są tam niezbyt oblegane kantory w których załatwimy wszystko praktycznie od ręki.

Protip 3
Zamiast stać w kolejce do kantoru przed wyjściem z lotniska, udaj się do hali odlotów i tam wymień swoje pieniądze.


Trzeba również pamiętać, że nie zamienimy pieniędzy bez paszportu (tak samo jak nie zapłacimy bez niego np.za benzynę powyżej 50 CUC). I że korzystać należy tylko z oficjalnej sieci CADECA lub banku i nigdy nie kupować gotówki od ulicznych cinkciarzy.
No i ostatnia kwestia dotycząca pieniędzy. Ile właściwie zabrać na Kubę? Według oficjalnych wytycznych powinniśmy mieć przygotowane 100 dolarów/ osobę/ dzień. Jak już wspominałam na blogu, nikt tego nie sprawdza, a i ponoć pokazanie karty kredytowej uznawane jest za spełnienie powyższego warunku. Ogólnie wszystko zależy od indywidualnych preferencji, aczkolwiek trzeba się liczyć z tym, że Kuba nie jest super tanim krajem. Rzecz jasna można żywić się jedzeniem „ulicznym” i wtedy szklanka soku będzie kosztowała parę groszy, gałka lodów niewiele więcej, ale jeśli planujemy jadać w lepszych punktach lub korzystać z turystycznych atrakcji– musimy liczyć się już z większym wydatkiem.

Oto kilka przykładowych cen:

butelka wody mineralnej ok. 1,50- 1,70 CUC
butelka piwa – ok. 2,5 CUC
puszka napoju – ok. 1 CUC
zwykły hamburger w centrum handlowym – ok. 3 CUC
kolacja w restauracji lub casa particular – od 7 CUC (średnio ok. 10-12 CUC)
mojito – ok. 5 CUC
litr benzyny – ok. 1,20 CUC
nocleg w casa particular – ok. 15 CUC/ os
śniadanie w casa particular – ok. 5 CUC
wejście na szlak w parku narodowem Topes de Collantes – ok. 10 CUC
wjazd na Cajos – 2 CUC/os/w jedna stronę

Świetliki w ciemnościach

Nasze ostatnie popołudnie w Playa Larga należało do kategorii tych niezapomnianych. Zaraz po powrocie z wycieczki udaliśmy się na poszukiwania Adonisa. Obiecał pokazać nam jak łowić ryby. I słowa dotrzymuje. Z bólem serca zabijamy (ściślej: nasz kubański kolega czyni tą powinność, a my staramy się nie patrzeć) dwa dorodne kraby – będą robić nam za przynętę. Rozkładamy się nad niewielkim jeziorem. Przypomina nieco cmentarzysko krabów, przynajmniej na brzegu - widać, że to popularne łowisko. Adonis sprawnie obrabia skorupiaki – w okamgnieniu wyjmuje mięso ze szczypiec i nadziewa na haczyk połączony z żyłką. Jako, że my doświadczenia w łowieniu nie mamy to na początku tylko się przyglądamy. Nie mija kilka minut i Kubańczyk wyciąga małą, ale piękną rybkę. Krótka sesja zdjęciowa i... konsternacja. „My tej ryby raczej nie weźmiemy...” - mówimy niepewnie. No bo jak i gdzie, co mielibyśmy z nią robić. „Ja też jej nie chcę, lubię łowić dla łowienia, nie dla jedzenia” - stwierdza Adonis i wrzuca ją z powrotem do wody. Tym razem miała szczęście :)

Nadchodzi moja kolej na naukę. Stoję cierpliwie, słuchając w międzyczasie opowieści chłopaka. Niestety, prócz szkieletu kraba nie udaje mi się niczego wyciągnąć z wody. Trudno. I tak cieszymy się, że mogliśmy spróbować. I poprzebywać w towarzystwie naszego przyjaciela. Chcąc, nie chcąc musimy się tymczasowo pożegnać – umówiliśmy się z Noli i Yeni na prawdziwą (w końcu!), kubańską kolację. Pościliśmy na tą okazję cały dzień, więc punktualnie stawiamy się w naszej casie. A Adonisowi obiecujemy, że spotkamy się po jedzeniu.
Kolacja... najlepsza, jaką przyszło nam jeść na Kubie i całkowicie warta swojej ceny (15 CUC za osobę). Rozstawiony stół na ganku. Przytłumione światło. Niesamowita zupa z owoców morza. Ryż, banany smażone w cukrze, chipsy bananowe, warzywa i główny punkt wieczoru: ryba, krewetki, langusta, krab... I przepyszne mojito. Takie, jakie powinniśmy pić na Kubie codziennie. A do tego przesympatyczni Państwo. I ciężko wstać z krzesła...

Ale przecież umówiliśmy się z Adonisem. Trzeba więc ruszyć objedzone brzuchy i ruszyć w stronę niewielkiego baru na środku wioski. Kiedy wreszcie się odnajdujemy, możemy porozmawiać. Okazuje się, że nasz kolega ma żonę. 19-letnią. Żeby nie było zbyt prosto, ona jeszcze studiuje i to spory kawałek drogi od niego (w Camaguey). I ma 3-letnie dziecko. Z tym, że to nie on jest ojcem... Cóż, scenarzyści latynoskich seriali nie muszą się zbytnio wysilać. Wystarczy samo życie...

Zupa z owoców morza.

Ryba, krewetki, langusta, krab.

Mojito.


Nagle gaśnie światło. Nic dziwnego, w końcu gdzieś tam obok szaleje tropikalna burza. Zaczynamy trochę czuć się nieswojo (jak my wrócimy w tych ciemnościach?!), ale Adonis jest zupełnie spokojny. „Tak się czasem zdarza” - wzrusza ramionami i pokazuje, że ma to swoje plusy. Właściciele baru rozkładają świece, wokół fruwają te małe świecące robaczki – stworzyła się całkiem przyjemna atmosfera.
Rozmawiamy więc dalej – trochę o filmach, o muzyce. Okazuje się, że chłopak ma swój zespół (Reyes del Futuro) i coś tam nagrywają („Koniecznie musimy to zgrać” - szepcze Dominik i w pełni się z nim zgadzam). Chwilę później Adonis daje próbkę swojego talentu wokalnego. Widać, że naprawdę sprawia mu to przyjemność.
I tak mija wieczór... Ale kiedy uświadamiamy sobie godzinę, postanawiamy wrócić. W końcu rano trzeba wcześnie wstać. Problem w tym, że elektryczności jak nie było tak nie ma. I jest tak ciemno, że ciężko dostrzec wyciągniętą rękę. Adonis znów przychodzi nam z pomocą i zaprowadza do casy. Dzięki temu mamy szansę pobyć razem jeszcze chwilę. Pośpiewać po drodze (a raczej zostać ZMUSZONYM do śpiewania), zobaczyć sztuczki magiczne (na szczęście, tuz przed wejściem wróciła światłość) i... dostać prezent, który autentycznie nas wzruszy. Bo Adonis, sam z siebie, podarowuje nam pierścionek własnoręcznie wykonany z łyżki, który sam nosił. „Na pamiątkę z Kuby” - jak mówił. Na pamiątkę naszego kubańskiego przyjaciela.

.

.

.

Ale żeby nie zakończyć tak sentymentalnie... następnego dnia rano całe moje nogi i plecy pokryte są czerwonymi, swędzącymi bąblami. Komary... &$%!@, Kubańskie komary...
najnowsze wstecz dalej najstarsze