Pożegnanie z Kubą


Ostatnim punktem programu naszej wizyty na Kubie (mój Boże, to już ponad rok temu!) było Matanzas i Varadero. To słynne Varadero, do którego zjeżdzają się turyści z całego świata i którego plaże ponoć sam Fidel uznał za najlepsze. Oczekiwania były więc ogromne. A spotkało nas nie mniej ogromne rozczarowanie. I nie, nie miał na nie wpływu nasz podminowany nastrój po „kubańskiej przygodzie” opisanej post wcześniej. Nie złożyła też na to raczej średnia pogoda. Po prostu Varadero to… no takie Władysławowo czy Międzyzdroje w szczycie sezonu. Owszem, fajnie wybrać się na spacer. Ale być tylko tam dwa pełne tygodnie? Kto co lubi…
W każdym razie jest to typowo turystyczne miejsce. Hotele, restauracje, sklepiki z pamiątkami. A do tego pola golfowe i plaże. Plaże w porządku, acz zupełnie nie zachwycające. Bez życia pod wodą, za to z życiem nad nim: pełne turystów, zorganizowanych, hotelowych animacji, drinków z palemką i sesji modelek. Nie nasze klimaty. :(

Równie srogo zawiedliśmy się na Matanzas. Miasto to jest tańszą alternatywą noclegową dla odwiedzających Varadero. Aczkolwiek jest NAJBRZYDSZYM miastem, jakie widzieliśmy na Kubie. Serio. Naprawdę. Byliśmy zdumieni, że właśnie to miasto upodobał sobie „nasz” Adonis. W rozmowach z nami wspominał, że bardzo chętnie by w nim zamieszkał. Ale znów - o gustach się nie dyskutuje :) Ciężko też coś o nim więcej napisać. Bo w zasadzie włóczyliśmy się po nim pochłaniając jego brzydotę. Na osłodę odkryliśmy panią, która sprzedawała przepyszną lemoniadę, zjedliśmy pizzę, która była zadziwiająco dobra, choć zaplecze „pizzerii” już dawno powinien zamknąć ichniejszy sanepid, popatrzeliśmy na dzieci grające w baseballa i ptaki wydające dziwne dźwięki. Było więc mimo wszystko miło, aczkolwiek Matanzas i Varadero są miejscami, które spokojnie podczas wyprawy na Kubę odpuścić. Zwłaszcza, że jest tyle innych, ciekawych lokalizacji. Ahh, piękne cayos, niesamowita Playa Larga i cudowna droga do Trinidadu! Jeśli dane będzie mi wrócić kiedyś na Kubę to swoje kroki pokieruję właśnie tam!


I tym właśnie akcentem chciałabym pożegnać się Kubą… Nie wykluczam, że jakiś wpis na jej temat jeszcze powstanie. Ale czas ruszyć do przodu i udać się, w zasadzie nie aż tak znowu daleko, bo… do Panamy, na Kostarykę i Nikaraguę!

Ku przestrodze…

Zanim pojechaliśmy na Kubę sporo się naczytaliśmy. Trochę w przewodnikach, trochę w internecie. I prócz oczywistej listy obowiązkowych miejsc do zobaczenia wszystkie te źródła zapaliły nam w głowie ostrzegawcze światełko. „Nie ufaj Kubańczykom!” - z takim hasłem w głowie wjechaliśmy na wyspę. I na początku trzymaliśmy się tej zasady kurczowo. Wychodząc z lotniska z byka patrzyliśmy na taksówkarzy oferujących swą pomoc. „Jeszcze będą chcieli nas oszukać! Wywieźć gdzieś w pole i okraść. Albo policzyć za kurs kilkakrotnie więcej niż być powinno!” - myśleliśmy. Na szczęście szybko przekonaliśmy się, że Kubańczycy nie są tak źli, jak ich przedstawiają. Mili, pomocni, troskliwi… tak prezentowała się nasza opinia o Kubańczykach po kilku dniach. No może irytowały nas nieco wieczni obrażone kelnerki czy natrętni hawańczycy, ale wyraźne „NIE” załatwiało sprawę. Zachwyceni byliśmy przede wszystkim właścicielami casas particulares, Adonisem, ludźmi, którzy pozwalali nam przyglądać się swojej pracy…. Zaufaliśmy. Niestety, za bardzo.

Przekonaliśmy się na własnej skórze, że każdy kij ma dwa końce. A przestrogi, zamieszczane gdzieniegdzie w opracowaniach o Kubie okazują się być prawdą. Bo co prawda wielu Kubańczyków jest przesympatyczna, ale tak, jak wśród każdego narodu, znajdą się wśród nich przebiegłe, cwane lisy. Żerujące na naiwności i zagubieniu turystów. Którym nawet znajomość języka nie pomoże nie zostać oszukanym.

To już był prawie koniec naszej objazdowej wycieczki po Kubie. Szczęśliwi i opaleni wyjechaliśmy z Remedios z zamiarem przedostania się do ostatniego punktu programu - Matanzas i Varadero. „Po drodze koniecznie odwiedźcie muzeum Che!” - na pożegnanie poradziła właścicielka casa particular. Santa Clara (czyli miasto w którym owe muzeum się znajduje) jest po drodze, więc czemu by nie skorzystać? Jedziemy! Zaparkowaliśmy elegancko samochód pod drzewem, praktycznie w okolicy muzeum („Nie będziemy dawać 2 CUC na parking! - Dominik) i wybraliśmy się na zwiedzanie. Gdy już obejrzeliśmy wszystko i zrobiliśmy sobie zdjęcia przed pomnikiem zdecydowaliśmy się wracać. Ufff! Samochód stoi, nie ma rozbitej szyby. Nieświadomi niczego ruszamy i… jakiś dziwny dźwięk, samochód nietypowo jedzie. Guma! Złapaliśmy gumę! W mojej głowie na przemian pojawiały się myśli: „O mój Boże i co my teraz zrobimy” i „Jak to możliwe?”. I gdy tak staliśmy wpatrzeni w to koło (nikt z nas w zasadzie nigdy wcześniej gumy nie złapał i o wymianie kół raczej mieliśmy nikłe pojęcie) pojawił się młody chłopak na rowerze, który z miejsca zaofiarował swoją pomoc. „Super! Co za pomocni ludzie na tej Kubie!” - pomyśleliśmy, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Chłopak rach, ciach wymienił koło na zapasowe, a my uśmiechnięci przygotowujemy się do jazdy. Wręczyliśmy mu jakieś drobne za fatygę i już, już mamy się zbierać, kiedy chłopak woła, że to koło raczej też długo nie pociągnie… „O mój Boże, jak my dojedziemy do Matanzas!” - panikuję. „Nie martwcie się, mam znajomego mechanika, on wam pomoże. Jedźcie za mną.” - proponuje Kubańczyk i wskakuje na rower. A my za nim. I tak jedziemy, jedziemy… W pewnym momencie ogarniają nas wątpliwości. Czemu on nas wywozi na drugi koniec miasta? Przecież tutaj po drodze mijamy kilka punktów w których wymieniają dętki… Ale nic, Kubańczycy do tej pory okazali się być tylko pomocni i sympatyczni, jedziemy dalej. W końcu lądujemy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej (a raczej zatrzymujemy się obok niej). Pojawia się nasz „mechanik”, ocenia koło i mówi, że zaraz wszystko naprawi. Gdy pytamy ile to będzie kosztować odpowiada tylko, że musi zobaczyć co się stało i potem wyceni. Ok… w końcu czy tak nie robią Polacy? Raz, dwa koło jest wykręcone, chłopak znika w pobliskim budynku, a my rozmawiamy trochę z naszym rowerzystą. Nie spodziewamy się tego, co ma zaraz nastąpić. Ot, zwykła pogawędka z Kubańczykiem, jakich na wyspie mieliśmy wiele. Fundujemy chłopakowi nawet bluzę z długim rękawem, bo narzeka, że słońce, a ubrania drogie…
Gdy wraca nasz „mechanik” i wręcza nam rachunek szczęki opadają nam do samej podłogi. Na przyniesionym przez niego papierku widnieje kwota 180. „Ale CUP?” - upewnia się Dominik wyjmując portfel. „Nie, no CUC.” - odpowiada chłopak - „Tu jest wszystko nowe, całe koło wymienione. Dam wam zaświadczenie. Wypożyczalnia zwróci wam poniesione koszty”. Ale jak, ale co? Aż tyle??!!! Zaczynam znów panikować. Przecież nie mamy tyle, co my teraz zrobimy? Możemy zapłacić w euro? „Tak, tu jest kurs, wyjdzie 170 euro” - „mechanik” coraz bardziej się niecierpliwi - „Zobaczcie, taki gwóźdź mieliście w oponie”. Nie dajemy za wygraną. Ale na pewno nam zwrócą pieniądze? Słyszymy tylko coraz to bardziej rozgniewane tak… Chłopak spisuje coś z naszego potwierdzenia wypożyczenia samochodu. „Macie tu potwierdzenie, zwrócą wam pieniądze. A teraz zapłaćcie”. - chłopak prawie krzyczy tonem nie znoszącym sprzeciwu. My jednak jesteśmy coraz bardziej zestresowani i upewniamy się raz po raz, ale wręczamy mu pieniądze. Coś w jego głosie nas przekonuje i jednocześnie powoduje lęk. „Rowerzysta” zapewnia nas, że wszystko jest w porządku, że tutaj jest oficjalne potwierdzenie, a kolega wyświadczył nam przysługę. No nic… przez tą krótką chwilę im ufamy. W zasadzie nie wiedzieć czemu. Ale (nie bez stresu) pozbywamy się ok. 800 zł. Kubańczycy sugerują jeszcze, że musimy podjechać na pobliską stację podpompować koła. Podjeżdżamy więc z nimi, pomagają nam przy pompowaniu po czym… ulatniają się. A do nas dokładnie w tym momencie wraca trzeźwe myślenie. OSZUKALI NAS! Uświadamiamy sobie okrutną prawdę. Kubańczyków nigdzie nie widać. Podchodzimy więc do jakiejś grupki ludzi stojącej w oddali, by zapytać ich (w sumie nie wiadomo po co, skoro prawda już do nas dotarła), czy aby na pewno nie daliśmy się oszukać. Niestety, otrzymujemy tylko przykre potwierdzenie. Policja! Trzeba zadzwonić na policję! Prosimy na stacji, by pomogli nam zadzwonić. „Eeee, po co. Policja jest skorumpowana i tak wam nie pomogą”- słyszymy w odpowiedzi. Wszyscy są tylko zszokowani, że nas oszukano. Ale prócz tego, nikt nikogo nie zna, nikt nie chce zadzwonić na policję, nikt nie chce pomóc… I choć łudzimy się, że może faktycznie wypożyczalnia odda nam pieniądze, to dochodzi do nas brutalna prawda. Daliśmy się tak głupio podejść… I nagle w naszej głowie pojawia się milion myśli. Wszystko staje się oczywiste. Na pewno to rowerzysta nam przebił koło. Wszystko było ustawione. Chcieli nas oszukać od samego początku! My głupi! Ale z drugiej strony próbujemy się trochę usprawiedliwiać. Że nie wiedzieliśmy, że stres, że się baliśmy, bo był już coraz bardziej agresywny, że mógł wybić szybę, albo coś nam zrobić. Nie daj Boże wyrwać torebkę… Że zaufaliśmy. Zaufaliśmy za bardzo, myśląc, że to, co wypisują w przewodnikach to zwykłe bzdury. Podarowaliśmy przynajmniej rok życia jakiemuś oszustowi, który żeruje na takich naiwniakach jak my.
Reszta wyjazdu już niestety nie była taka sama. Dlatego, szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to już pod koniec naszej wyprawy. Ale niesmak pozostaje.

No cóż. Zapłaciliśmy drogo, ale jest to jedna z lepszych lekcji mojego życia. Wiem już na pewno, że drugi raz nie dam się tak podejść. To była nauczka, którą wykorzystujemy do dziś. I choć większość ludzi na świecie jest miłych i pomocnych to korzystajcie i Wy z naszego doświadczenia i nie ufajcie nikomu poza sobą. Bo jeden oszust na stu pomocnych ludzi potrafi zepsuć całe wakacje.
Mam nadzieję, że dla Was to również cenna lekcja. Jeśli ktokolwiek dzięki temu wpisowi uniknie takich „przyjemnych” historii, będę miała poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. :)

Rajskie plaże

Czekałam na tę chwilę od momentu przyjazdu na Kubę (a nawet wcześniej!). Turkusowa woda, bialutki piasek i kolorowe rybki - tak, tak tam musi być ! Po pierwszej styczności z plażami na południu z coraz większą niecierpliwością czekałam na wizytę na plażach północy - opisywanych jako najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle naj. I nie zawiodłam się!
Obraliśmy sobie dwa (a w zasadzie trzy, jeśli liczyć Varadero) cele plażowe: słynne Cayo Coco i Cayo Santa Maria, czyli dwie wysepki połączone z zasadniczą częścią wyspy groblami. I… nie zawiodłam się! Jak tylko znalazłam się na tych plażach z zachwytu i wrażenia aż oniemiałam. Tak! Są na świecie tak piękne miejsca! Tak! Nawet tylko dla tych plaż warto było na Kubę przyjechać! Chwilo trwaj!

O Cayo Coco można przeczytać w internecie i przewodnikach bardzo wiele. Że same hotele, że drogo… I mimo, że faktycznie połowa z tych informacji jest prawdziwa to i tak warto się tam wybrać, aczkolwiek może niekoniecznie tam nocować. No chyba, że ktoś z Was ma trochę gotówki na zbyciu… My zatrzymaliśmy się na nocleg w Moron, miejscowości położonej jeszcze na „głównej” Kubie, w odległości jakiejś niecałej godziny do centrum Cayo. Moron jest urocze, niewielkie i w zasadzie nie ma co w nim robić - stanowi jedynie punkt wypadowy na wysepki i okoliczne atrakcje dla wielu turystów (w tym rezerwat ptaków- polecamy!), w tym nas.
Podekscytowani perspektywą dnia niczym z raju z trudem usypiamy. Nazajutrz budzimy się skoro świt, tak, by o 7 rano już wyruszyć w trasę. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Powietrze jest jeszcze rześkie, a powoli wschodzące słońce niesamowicie pięknie odbija się w płaskiej tafli Zatoki Psów.
Ruch na Cayos jest ściśle (choć ponoć dużo mniej restrykcyjnie niż kiedyś) kontrolowany. Ponoć dawniej nawet Kubańczycy (prócz tam pracujących) nie mieli na nie wstępu. Dziś na szczęście sytuacja się zmieniła, a żeby móc wjechać na groblę (czyli sztucznie wybudowaną drogę na wyspę) trzeba tylko okazać paszporty (ważne, żeby mieć je ze sobą!) i zapłacić 2 CUC/os/jedna strona (przy wyjeździe też się płaci). Po krótkim przejrzeniu przez strażnika czy wszystko się zgadza możemy ruszać. Jak tu jest pięknie! Suniemy powoli groblą, z jednej i z drugiej strony mając kryształową wodę. Uczucie jest naprawdę niesamowite. Gdy wreszcie docieramy na wyspę witają nas, oczywiście różnorakie hotele. My jednak skręcamy w lewo i kierujemy się na Playa Pilar, poleconą nam przez panią z casa. Ale… czy ja na pewno dobrze widzę? Gdzieś pomiędzy rosnącymi na poboczu krzakami porusza się coś różowego. FLAMINGI! Krzyczę uradowana i każę Dominikowi się zatrzymać, już, tu i teraz, ja idę robić zdjęcia! Okazuje się, że jest ich całkiem duża gromadka. I choć muszę trochę się natrudzić, utknąć w japonkach w jakimś stojącym błocie, to po raz pierwszy widzę na żywo różowe flamingi!!!
Czy to nie prawdziwy raj? JEST. Kiedy w końcu docieramy na plażę tylko się w tym przekonaniu upewniam. I… no tego nie da się opisać słowami. Turkusowa, mieniąca się w słońcu woda, bialuteńki piasek i niebieskie, praktycznie bezchmurne niebo. Cudownie! Dzięki Bogu zdecydowaliśmy się na przyjazd poza sezonem - plaża jest praktycznie tylko dla nas.
Jest dzika i piękna i na szczęście nie ma przy niej hotelu (choć przyznam, że w okolicy budowali kolejny, więc może dziś już coś tam stoi :( ). Wskakujemy czym prędzej do wody, która jest pełna życia! Malutkie kolorowe rybki i większe w czarno - żółte paski, widoczne nawet znad tafli wody. Spędzamy więc w tej słodkiej beztrosce długie godziny, udaje nam się nawet na drugiej z plaż połowić ryby z Kubańczykami (znajomość hiszpańskiego naprawdę otwiera wiele możliwości :))…

Podobnie rzecz ma się z Cayo Santa Maria. Tutaj również zatrzymujemy się w pobliskiej miejscowości - Remedios, z której na plażę dostajemy się groblą (takie same zasady - 2 CUC, paszport itp). Remedios rozmiarami jest zbliżone do Moron i tak samo jak tam, nie ma tam specjalnie nic ciekawego do roboty. Jednak zapadnie nam w pamięć chociażby z trzech powodów:
1. To tutaj w końcu (nie licząc Playa Larga) w końcu zjedliśmy porządny (i względnie tani) obiad - w Hotelu Mascotte (niech Was nie przerazi wygląd, wbrew pozorom ceny są przystępne) - polecamy.
2. Po drugie to tutaj spotkaliśmy najwierniejszego psa, jakiego znam. Ogólnie podczas całej podróży gdzieś tam zawsze przyplątywały się do nas bezpańskie psy, których na Kubie jest cała masa. Dominik zawsze je głaskał, czasem dawał coś pić lub jeść. Ale suczka z Remedios pobiła wszystkich- nie opuszczała nas w mieście praktycznie ani na krok. I zawsze poznawała, że idziemy… Aż żal, że musieliśmy ją tam zostawić :(
3.No i wreszcie - niezapomniane rozmowy z właścicielką casy. W zasadzie z każdym udało nam się porozmawiać, bo widząc, że jako tako radzimy sobie z hiszpańskim (chapeu bas Dominik) chętnie nas zagadywali. Traf chciał, że akurat podczas naszego pobytu właścicielka gościła jeszcze parę brazylijczyków, równie sympatycznych. I tak sobie z nimi, z właścicielką casy i jej córką rozmawialiśmy o piłce nożnej, o szkole na Kubie, o służbie zdrowia i tak ot o życiu. To właśnie ta Pani z taką dumą mówiła o swoim kraju, że wszyscy takiej dumy powinniśmy się od niej uczyć. Bo i owszem, mówiła, są pewne niedogodności, ale mają darmową edukację i służbę zdrowia!

Ale wracając do plaż. To z Remedios, wzorem poprzedniej eskapady, wybraliśmy się na Cayo Santa Maria skoro świt. I tutaj też szukaliśmy czegoś dzikiego, czegoś bez hoteli. I udało się, taka piękna plaża znajduje się praktycznie przy końcu wyspy, po lewej stronie. I znów jest jak w bajce! A nawet lepiej, bo tym razem podwodne życie okazuje się być jeszcze bogatsze - w zasięgu moich możliwości (mimo że umiem pływać panicznie boję się głębokiej wody) znajduje się rafa! I to taka z fluorescencyjnymi rybkami i gąbkami! Mamy szczęście, że znów praktycznie cała plaża jest nasza. Choć parę ludzi leży pod parasolkami (w zasadzie nikt się nie opala, czemu się nie dziwię, gdyż słońce praży niemiłosiernie). Tylko my, jak na prawdziwą polską cebulę przystało, rozrzucamy nasze rzeczy na piasku. No cóż, człowiek opuści Polskę, ale Polska człowieka nigdy :)

Po kilku godzinach zabawy udajemy się na zwiedzanie wyspy. Próbujemy odnaleźć jakieś inne plaże. I po tym, jak na jednej z plaż każą nam zapłacić 5CUC za wejście (lub noc w hotelu) dociera do nas smutna prawda… Gdy tylko jeszcze szerzej otworzą się kubańskie granice i coraz więcej turystów zacznie przyjeżdżać na wyspy - skończy się era dzikich plaż. I choć wieści o tym, że np. Na Cayo Coco są same luksusowe hotele, była mocno przesadzona, to kto wie, być może tak będzie już za kilka lat. My znaleźliśmy dzikie plaże bez większego problemu, ale czy dalej są dzikie: bez hotelu, pozbawione plażowego baru puszczającego latynoskie rytmy, rzędów materacy i leżaków, wody bez ani jednej rybki oraz tłumu turystów - tego nie wiem. Warto na nie więc pojechać jak najszybciej. Bo są bajecznie pięknie. Śpieszmy się kochać dzikie plaże, tak szybko odchodzą… [*]


Praktyczne wskazówki dla wybierających się na cayos:

1. Krem z filtrem (wodoodporny) to podstawa. Bez tego wrócicie z poparzonymi ramionami, spieczeni jak raki. Przyda się też coś na głowę
2. Koniecznie weźcie ze sobą paszport, drobne i coś do picia.
3. Przyjedźcie na plaże z samego rana. Nie dość, że jest mniej ludzi, to dodatkowo nie jest tak gorąco, a woda jest jeszcze przeźroczysta i przyjemnie chłodnawa (po południu, od ciepła, staje się jak zupa - gorąca i mętna)
4. Nie zatrzymujcie się na noc na samych cayos, a dojeżdżajcie z okolicznych miejscowości, w których nocleg jest dużo tańszy (i w ogóle możliwy w casa particular, których nie ma na wyspie)
5. Najlepiej dostać się na cayos wypożyczonym samochodem (zaręczam, że co chwilę będziecie przystawać na zdjęcia), ale można też dojechać taksówką. W tym wypadku trzeba się liczyć jednak ze sporym wydatkiem - para Brazylijczyków zapłaciła za taką jednodniową przyjemność bodajże 45 CUC

Miasto z widokówek

Trinidad jest takim miastem, które można zarówno kochać jak i nienawidzić jednocześnie. Z jednej strony jest piękne i malownicze. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kubańskich miast (a w każdym razie tych, które miałam okazję zobaczyć). Ostatecznie pieczę nad nim przejęło UNESCO. Tak więc porządek być musi. Kolorowe zadbane domy, brukowane uliczki… z całą pewnością znacząca większość klimatycznych zdjęć z Kuby, którymi tak bardzo wszyscy się zachwycają będzie wykonana właśnie w Trinidadzie. Jak więc się nie zakochać? Istnieje niestety druga strona medalu. Jeśli coś jest piękne - przyciąga turystów. I to czuć niemal tak samo, jak w centrum Hawany. I nie, żebym miała coś przeciwko turystom (ostatecznie jestem jednym z nich :) ), ale… ja chyba wolę jak miejscowi rzucają na mnie zdziwione i zaciekawione spojrzenia, a nie patrzą na mnie jak na chodzącą portmonetkę. Wolę wejść do miejscowego sklepiku, w którym znajdę lokalne wyroby a nie milion takich samych „unikalnych” bryloczków. I wreszcie… kiedy w restauracji podadzą mi, choćby i niedobre, ale jednak kubańskie przysmaki, a nie ich zamerykanizowaną lub zeuropeizowaną wersję. I niby jacyś panowie grali sobie w warcaby na ulicy, a konie stały „zaparkowane” przed domami. Ale kiedy porównam Trinidad do innych miast czuję delikatną nutkę fałszu. Dlatego myśląc o Trinidadzie mam w głowie prawdziwy dualizm mentalny. I w zasadzie nie do końca czuję to miasto. Ale może najzwyczajniej w świecie marudzę?
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że Trinidad stanowi doskonałą bazę wypadową, a okolica wręcz jest przepełniona atrakcjami. My zwiedziliśmy dwa z nich: Topes de Collantes i półwysep Ancon. Obydwa w zasadzie jednego dnia - da się, choć raczej wyczerpująco i pobieżnie. Ale po kolei!

Topes de Collantes, czyli górski park narodowy, położony jakieś pół godziny jazdy samochodem od Trinidadu, wybraliśmy jako poranny cel naszej podróży. Wyspani i najedzeni wyruszyliśmy. I tak jedziemy sobie zgodnie z tym co wskazuje nam nawigacja i liczne znaki drogowe i wreszcie… zaczyna się las, a droga coraz bardziej pnie się ku górze. „O kurczę…” - myślę i starając się nie denerwować staram się zaufać umiejętnościom Dominika. Musicie być bowiem świadomi - dojazd do atrakcji parku, mimo iż asfaltową drogą, wymaga jednak pewnego doświadczenia w kierowaniu. Drogą jest wąska, bardzo często stroma (co stanowi pewien problem, jak się nie ma samochodu z napędem 4x4) z licznymi „curvas peligrosas”, czyli niebezpiecznymi zakrętami. Często trzeba trąbić, krzyczeć czy wydawać jakikolwiek inny dźwięk, by przypadkiem nie zderzyć się z samochodem z naprzeciwka. Ale… jak już przeżyje się te wielokrotne zawały serca to widok z góry (polecam zatrzymanie się na punkcie widokowym) ostatecznie pozbawi Was tchu. Wreszcie też czuć, że jest się w lesie tropikalnym. Wokół latają kolibry i wielkie motyle, na drzewach rosną storczyki, a ścieżką przechadzają się monstrualne ślimaki…
Ważnym punktem jest centrum informacji, gdzie można dowiedzieć się co nas czeka na poszczególnych szlakach. My wybieramy trasę, która według przewodnika powinna być przyjemna, ale i interesująca - naszym celem będzie Salto del Caburni, czyli wodospad Caburni. Udajemy się więc we wskazane okolice wejścia na szlak i… zanim zdążymy się zastanowić zjeżdżamy prawie że pionową drogą w dół. „Ale jak my stąd wyjedziemy?” - dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że zjechać jest łatwo, ale niekoniecznie wjechać pod górkę. Zestresowani pytamy pierwszej napotkanej Kubanki czy ludzie wjeżdżają tutaj samochodami, czy da radę się stąd wydostać? Starowina kiwa głową, że taaak, że bez probleeemu, ale dajmy jej długopisy, bo jej dzieci do szkoły potrzebują. A jej może parę CUC, to przypilnuje samochodu. No taaak… Szczęśliwie zapewnienie o tym, że jakoś da radę stąd wyjechać i że ludzie sobie jakoś radzą słyszymy także od kasjerki stojącej na wejściu do parku. „Ach my głupi, a jak nam się nie uda? Przecież za wezwanie pomocy zapłacimy majątek” - mimo tych zapewnień chodzą nam po głowie czarne myśli. Staramy się jednak szybko ogarnąć - nie ma co się martwić na zapas, szkoda dnia! Kupujemy więc bilety (około 10 CUC/osoba) i spoglądając po raz ostatni na ten nieszczęsny samochód stojący u podnóża skarpy wyruszamy do Caburni. Szlak jest dobrze oznaczony i, choć co jakiś czas można się natknąć na jakąś grupkę turystów, jednak nie jest to droga na Giewont w lecie i w spokoju można pokontemplować przyrodę. Nam udaje się nawet dostrzec kameleona! Wreszcie, trochę zmęczeni (trasa nie jest aż tak łatwa, jak to sobie wyobrażaliśmy, warto zabrać porządne buty) docieramy na miejsce. Caburni nie są może Niagarą, ale i tak są bardzo malownicze. Można nawet zażyć kąpieli pod wodospadem, jak ktoś ma ochotę (z czego Dominik bez chwili wahania korzysta, rozbierając się do swoich jakże gustownych, białych (niedługo :P), bawełnianych slipków). A jak ktoś się boi głębokiej wody (jak ja :)) może sobie pomoczyć nogi, porobić zdjęcia i ponabijać się z tych pływających. Zwłaszcza jak im gdzieniegdzie ich niezbyt dobrany strój kąpielowy zaczyna prześwitywać ;)
Wykąpani i wypoczęci (powiedzmy) ruszamy w drogę powrotną. A ta nam się ciągnie niczym krówka mordoklejka. Okazuje się, że iść ciężko, wody już brak i jakoś tak źle i niedobrze. Kiedy więc doczłapujemy się do kasy pierwsze co robimy to kupujemy sobie po szklance soku. Uff… Ale było warto!

Po południu natomiast czeka nas wyprawa na półwysep Ancon (tak! Udaje nam się wyjechać samochodem, w zasadzie bez większych problemów :)). Droga jest równie prosta i oznaczona, ale tym razem płaska. Półwysep to w zasadzie bardzo przyjemna plaża. Pierwszy raz dajemy parkingowemu 2 CUC za „popilnowanie” samochodu i najpierw udajemy się na obiad do nadmorskiej restauracyjki. Zamawiamy po rybie, smaczna, aczkolwiek nie zapada na długo w pamięć. W przeciwieństwie do widoków. Ach, to Kubańskie połączenie turkusowej wody i białego piasku. Taaak! Takie miejsca faktycznie istnieją poza folderem biura podróży! Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będzie mi dane w tej pięknej wodzie popływać. Płaszczki, kolorowe rybki i przeklęte jeżowce - takie doborowe towarzystwo będzie z wami baraszkować w ciepłej, czystej wodzie… A to dopiero początek rajskich plaż…

Romantyczna droga…

Postanowiliśmy, że w Cienfuegos spędzimy tylko jedną noc i od razu udamy się do słynnego Trinidadu. Ostatecznie w Mieście Stu Ogni nie ma za bardzo po co zatrzymywać się na dłużej (w każdym razie my tego nie zauważyliśmy), a Trinidad kusi swoimi atrakcjami. W końcu jest to miasto wpisane na listę UNESCO, położone niedaleko parku narodowego Topes de Collantes i półwyspu Ancon… Nie zastanawiamy się więc dłużej i z bólem serca oznajmiamy właścicielce casy (przecież była dla nas taka miła!), że czas wyjeżdżać. Ruszamy zaraz po powrocie z promowej wycieczki, obliczając, że spokojnie powinniśmy przed zmrokiem dotrzeć do Trinidadu. Trasa według nawigacji jest bowiem prosta i wyjątkowo krótka. Pakujemy się pospiesznie, żegnamy, oczywiście obiecujemy wrócić i… jedziemy dalej. Szybko okazuje się jednak, że w godzinę to my do Trinidadu na pewno nie dojedziemy.

Na Kubie były dwie trasy, które wzbudziły u mnie autentyczny zachwyt. Pierwszą z nich była droga na Cayo Coco o wschodzie. Drugą - właśnie droga z Cienfuegos do Trinidadu. Jest przepięknie! Zatrzymujemy się co kilka kilometrów na zdjęcia. „Jeszcze jedno”, „to będzie ostatnie”, „proszę, proszę, jeszcze tutaj”… nie mogę się opanować. Widoki są naprawdę piękne: soczyście zielone pola i pastwiska, na nich krowy bądź konie, gdzieniegdzie zaś po środku tej bezkresnej zieleni rozpadający się drewniany płotek, wiatrak, bądź inny element rolniczej infrastruktury. A w tle Escambray - kubańskie góry. I na dodatek udaje nam się wstrzelić w magiczną „złotą godzinę”, więc wszystko wydaje się jeszcze piękniejsze, spowite złotym odcieniem zachodzącego słońca… tak romantyczne, tak cudowne. Trudno więc nie chcieć tego uwiecznić. Żałuję tylko, że moje fotograficzne umiejętności pozostawiają jeszcze tak wiele do życzenia…


Im bliżej Trinidadu tym droga zaczyna biec coraz bliżej morza. Podziwiamy więc klify, majestatyczne mosty i fale rozbijające się o brzeg. Jest równie pięknie, choć nieco inaczej.


Wreszcie widzimy z daleka światła miasta. Bienvenidos a Trinidad! Witamy w Trinidadzie! Zaczyna się robić ciemno, więc akurat zdążyliśmy. Telepiąc się po kocich łbach i błądząc w poszukiwaniu naszej kolejnej casy szybko przeliczam w głowie ile czasu nam zeszło na przejechanie tego krótkiego 80 kilometrowego odcinka. Miało być nieco ponad godzinę. Wyszło nieco ponad trzy. Ale było warto!
najnowsze wstecz dalej najstarsze