Rajskie plaże

Czekałam na tę chwilę od momentu przyjazdu na Kubę (a nawet wcześniej!). Turkusowa woda, bialutki piasek i kolorowe rybki - tak, tak tam musi być ! Po pierwszej styczności z plażami na południu z coraz większą niecierpliwością czekałam na wizytę na plażach północy - opisywanych jako najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle naj. I nie zawiodłam się!
Obraliśmy sobie dwa (a w zasadzie trzy, jeśli liczyć Varadero) cele plażowe: słynne Cayo Coco i Cayo Santa Maria, czyli dwie wysepki połączone z zasadniczą częścią wyspy groblami. I… nie zawiodłam się! Jak tylko znalazłam się na tych plażach z zachwytu i wrażenia aż oniemiałam. Tak! Są na świecie tak piękne miejsca! Tak! Nawet tylko dla tych plaż warto było na Kubę przyjechać! Chwilo trwaj!

O Cayo Coco można przeczytać w internecie i przewodnikach bardzo wiele. Że same hotele, że drogo… I mimo, że faktycznie połowa z tych informacji jest prawdziwa to i tak warto się tam wybrać, aczkolwiek może niekoniecznie tam nocować. No chyba, że ktoś z Was ma trochę gotówki na zbyciu… My zatrzymaliśmy się na nocleg w Moron, miejscowości położonej jeszcze na „głównej” Kubie, w odległości jakiejś niecałej godziny do centrum Cayo. Moron jest urocze, niewielkie i w zasadzie nie ma co w nim robić - stanowi jedynie punkt wypadowy na wysepki i okoliczne atrakcje dla wielu turystów (w tym rezerwat ptaków- polecamy!), w tym nas.
Podekscytowani perspektywą dnia niczym z raju z trudem usypiamy. Nazajutrz budzimy się skoro świt, tak, by o 7 rano już wyruszyć w trasę. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Powietrze jest jeszcze rześkie, a powoli wschodzące słońce niesamowicie pięknie odbija się w płaskiej tafli Zatoki Psów.
Ruch na Cayos jest ściśle (choć ponoć dużo mniej restrykcyjnie niż kiedyś) kontrolowany. Ponoć dawniej nawet Kubańczycy (prócz tam pracujących) nie mieli na nie wstępu. Dziś na szczęście sytuacja się zmieniła, a żeby móc wjechać na groblę (czyli sztucznie wybudowaną drogę na wyspę) trzeba tylko okazać paszporty (ważne, żeby mieć je ze sobą!) i zapłacić 2 CUC/os/jedna strona (przy wyjeździe też się płaci). Po krótkim przejrzeniu przez strażnika czy wszystko się zgadza możemy ruszać. Jak tu jest pięknie! Suniemy powoli groblą, z jednej i z drugiej strony mając kryształową wodę. Uczucie jest naprawdę niesamowite. Gdy wreszcie docieramy na wyspę witają nas, oczywiście różnorakie hotele. My jednak skręcamy w lewo i kierujemy się na Playa Pilar, poleconą nam przez panią z casa. Ale… czy ja na pewno dobrze widzę? Gdzieś pomiędzy rosnącymi na poboczu krzakami porusza się coś różowego. FLAMINGI! Krzyczę uradowana i każę Dominikowi się zatrzymać, już, tu i teraz, ja idę robić zdjęcia! Okazuje się, że jest ich całkiem duża gromadka. I choć muszę trochę się natrudzić, utknąć w japonkach w jakimś stojącym błocie, to po raz pierwszy widzę na żywo różowe flamingi!!!
Czy to nie prawdziwy raj? JEST. Kiedy w końcu docieramy na plażę tylko się w tym przekonaniu upewniam. I… no tego nie da się opisać słowami. Turkusowa, mieniąca się w słońcu woda, bialuteńki piasek i niebieskie, praktycznie bezchmurne niebo. Cudownie! Dzięki Bogu zdecydowaliśmy się na przyjazd poza sezonem - plaża jest praktycznie tylko dla nas.
Jest dzika i piękna i na szczęście nie ma przy niej hotelu (choć przyznam, że w okolicy budowali kolejny, więc może dziś już coś tam stoi :( ). Wskakujemy czym prędzej do wody, która jest pełna życia! Malutkie kolorowe rybki i większe w czarno - żółte paski, widoczne nawet znad tafli wody. Spędzamy więc w tej słodkiej beztrosce długie godziny, udaje nam się nawet na drugiej z plaż połowić ryby z Kubańczykami (znajomość hiszpańskiego naprawdę otwiera wiele możliwości :))…

Podobnie rzecz ma się z Cayo Santa Maria. Tutaj również zatrzymujemy się w pobliskiej miejscowości - Remedios, z której na plażę dostajemy się groblą (takie same zasady - 2 CUC, paszport itp). Remedios rozmiarami jest zbliżone do Moron i tak samo jak tam, nie ma tam specjalnie nic ciekawego do roboty. Jednak zapadnie nam w pamięć chociażby z trzech powodów:
1. To tutaj w końcu (nie licząc Playa Larga) w końcu zjedliśmy porządny (i względnie tani) obiad - w Hotelu Mascotte (niech Was nie przerazi wygląd, wbrew pozorom ceny są przystępne) - polecamy.
2. Po drugie to tutaj spotkaliśmy najwierniejszego psa, jakiego znam. Ogólnie podczas całej podróży gdzieś tam zawsze przyplątywały się do nas bezpańskie psy, których na Kubie jest cała masa. Dominik zawsze je głaskał, czasem dawał coś pić lub jeść. Ale suczka z Remedios pobiła wszystkich- nie opuszczała nas w mieście praktycznie ani na krok. I zawsze poznawała, że idziemy… Aż żal, że musieliśmy ją tam zostawić :(
3.No i wreszcie - niezapomniane rozmowy z właścicielką casy. W zasadzie z każdym udało nam się porozmawiać, bo widząc, że jako tako radzimy sobie z hiszpańskim (chapeu bas Dominik) chętnie nas zagadywali. Traf chciał, że akurat podczas naszego pobytu właścicielka gościła jeszcze parę brazylijczyków, równie sympatycznych. I tak sobie z nimi, z właścicielką casy i jej córką rozmawialiśmy o piłce nożnej, o szkole na Kubie, o służbie zdrowia i tak ot o życiu. To właśnie ta Pani z taką dumą mówiła o swoim kraju, że wszyscy takiej dumy powinniśmy się od niej uczyć. Bo i owszem, mówiła, są pewne niedogodności, ale mają darmową edukację i służbę zdrowia!

Ale wracając do plaż. To z Remedios, wzorem poprzedniej eskapady, wybraliśmy się na Cayo Santa Maria skoro świt. I tutaj też szukaliśmy czegoś dzikiego, czegoś bez hoteli. I udało się, taka piękna plaża znajduje się praktycznie przy końcu wyspy, po lewej stronie. I znów jest jak w bajce! A nawet lepiej, bo tym razem podwodne życie okazuje się być jeszcze bogatsze - w zasięgu moich możliwości (mimo że umiem pływać panicznie boję się głębokiej wody) znajduje się rafa! I to taka z fluorescencyjnymi rybkami i gąbkami! Mamy szczęście, że znów praktycznie cała plaża jest nasza. Choć parę ludzi leży pod parasolkami (w zasadzie nikt się nie opala, czemu się nie dziwię, gdyż słońce praży niemiłosiernie). Tylko my, jak na prawdziwą polską cebulę przystało, rozrzucamy nasze rzeczy na piasku. No cóż, człowiek opuści Polskę, ale Polska człowieka nigdy :)

Po kilku godzinach zabawy udajemy się na zwiedzanie wyspy. Próbujemy odnaleźć jakieś inne plaże. I po tym, jak na jednej z plaż każą nam zapłacić 5CUC za wejście (lub noc w hotelu) dociera do nas smutna prawda… Gdy tylko jeszcze szerzej otworzą się kubańskie granice i coraz więcej turystów zacznie przyjeżdżać na wyspy - skończy się era dzikich plaż. I choć wieści o tym, że np. Na Cayo Coco są same luksusowe hotele, była mocno przesadzona, to kto wie, być może tak będzie już za kilka lat. My znaleźliśmy dzikie plaże bez większego problemu, ale czy dalej są dzikie: bez hotelu, pozbawione plażowego baru puszczającego latynoskie rytmy, rzędów materacy i leżaków, wody bez ani jednej rybki oraz tłumu turystów - tego nie wiem. Warto na nie więc pojechać jak najszybciej. Bo są bajecznie pięknie. Śpieszmy się kochać dzikie plaże, tak szybko odchodzą… [*]


Praktyczne wskazówki dla wybierających się na cayos:

1. Krem z filtrem (wodoodporny) to podstawa. Bez tego wrócicie z poparzonymi ramionami, spieczeni jak raki. Przyda się też coś na głowę
2. Koniecznie weźcie ze sobą paszport, drobne i coś do picia.
3. Przyjedźcie na plaże z samego rana. Nie dość, że jest mniej ludzi, to dodatkowo nie jest tak gorąco, a woda jest jeszcze przeźroczysta i przyjemnie chłodnawa (po południu, od ciepła, staje się jak zupa - gorąca i mętna)
4. Nie zatrzymujcie się na noc na samych cayos, a dojeżdżajcie z okolicznych miejscowości, w których nocleg jest dużo tańszy (i w ogóle możliwy w casa particular, których nie ma na wyspie)
5. Najlepiej dostać się na cayos wypożyczonym samochodem (zaręczam, że co chwilę będziecie przystawać na zdjęcia), ale można też dojechać taksówką. W tym wypadku trzeba się liczyć jednak ze sporym wydatkiem - para Brazylijczyków zapłaciła za taką jednodniową przyjemność bodajże 45 CUC