Panama – informacje praktyczne

Panama jest krajem w którym raczej nie doznacie wielkiego kulturowego szoku. Czysto, względnie zorganizowanie... Może to sprawiło, że zakochałam się w niej... od drugiego wejrzenia?


Panama nie jest w zasadzie krajem bardzo „trudnym” dla przeciętnego turysty. Być może jestem w tym osądzie nieco nieobiektywna, gdyż my, ze względu na znajomość hiszpańskiego i nieocenioną pomoc kuzyna Dominika, mieliśmy nieco łatwiej, ale podpatrując kątem oka innych przyjezdnych (w tym rezydentów z innych krajów, których jest tutaj baaardzo dużo) wydaje mi się, że nie potrzeba tutaj jakiś specjalnych umiejętności, by spędzić w Panami wspaniałe wakacje.
Poniżej kilka praktycznych informacji, które mogą Wam się przydać planując podróż do tego kraju. Są to informacje i wskazówki ogólne – takie dotyczące konkretnych miejsc i zdarzeń będą pojawiały się w kolejnych wpisach.

1. Lot – trwa około 10 godzin z Amsterdamu. My lecieliśmy KLM-em, ostatecznie bezproblemowo, chociaż nie bez przygód (w drodze powrotnej umierałam ze strachu, bo na nasz pokład wsiadło... trzech muzułmanów przebranych w swoje tradycyjne szaty, z brodami itp... Chociaż nic się na szczęście nie stało, i można powiedzieć, że jestem trochę przeczulona, ale, niestety, nie czułam się przez to jakoś super bezpiecznie. Takie czasy :) ). Panama jest też popularnym węzłem przesiadkowym z Europy do innych krajów Ameryki.
2. Waluta – no tutaj sprawa jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Oficjalną walutą Panamy jest balboa. Balboa ma kurs 1:1 z dolarem. Ale... uwaga! Balboa to tylko monety, nie ma banknotów! Czy to znaczy, że Panamczycy chodzą z sakiewkami pełnymi monet? No niekoniecznie. Jak się więc płaci? W dolarach! Jest to waluta traktowana jak narodowa, chociaż niby nią nie jest... Skomplikowane? Też tego nie rozumiem :) Ale podsumowując – jadąc do Panamy bierzcie dolary.
3. Komunikacja – przyznaję, nie poruszaliśmy się zbyt dużo po Panamie komunikacją publiczną. Przebyliśmy jedynie kurs rejsowym autobusem od granicy Panamy z Kostaryką do stolicy. Bilety kupowaliśmy na granicy w specjalnym, dobrze oznaczonym okienku. Komfort? Jak to autobus. Szału nie było, trochę przeciekał i miał klimę na full, ale złego słowa nie powiem. Pokonaliśmy tą trasę względnie szybko, z jednym półgodzinnym przystankiem na wygodnych siedzeniach.
Wydaje mi się, że do innych miejsc w Panamie można dotrzeć w podobny sposób.
W samej stolicy można poruszać się tak zwanymi chickenbusami, czyli starymi, rozlatującymi się autobusami, do których wpychają tyle ludzi ile się da, ale z drugiej strony taka jazda jest w jakiś sposób niezapomniana bądź metrobusem, czyli normalnymi, nowoczesnymi autobusami. Z tego co wiem, trzeba do nich wykupić najpierw jakąś specjalną kartę, ale nie chcę skłamać, dlatego odsyłam was do wujka Google.
Podczas naszego pobytu widzieliśmy też, że budowana jest linia metra naziemnego, także może na dniach dojdzie jeszcze jedna alternatywna forma poruszania się po Panama City. I dobrze. Bo korki w godzinach szczytu są przeoooooogromne.


4. Język – oficjalnie hiszpański i chociaż podstawowa jego znajomość jest bardzo przydatna. Panama ma jednak duże związki z USA, więc mniej lub bardziej dogadacie się także po angielsku.
5. Ceny – niestety, ceny w dolarach oznaczają w wielu przypadkach droższe produkty niż w Polsce czy w innych krajach latynoskich, jak np. w Peru. Na szczęście nie jest to jakaś bardzo duża różnica, a hotele można znaleźć w całkiem przyzwoitych cenach. Dodatkowo Panama wewnątrz miasta ma wiele sklepów tzw. „duty free”, gdzie można zaopatrzyć się w tańsze produkty. Chyba najdrożej wychodzą bilety wstępu (np. do centrum Miraflores nad Kanałem Panamskim, gdzie taka przyjemność to 15$/os) czy kupowanie jedzenia – raz za mały jogurt i paczkę malutkich chipsów zapłaciliśmy ponad 10 zł. O restauracjach już nawet nie wspominam... :)

Panama - Kostaryka - Nikaragua

W zasadzie pomysł zwiedzenia Panamy narodził się w naszych głowach już kilka lat temu, podczas przesiadki w drodze do Peru. I choć wtedy przeklinałam ogromnie Tocumeńskie lotnisko uważając je za najgorsze na świecie (!) to widoki za oknem nie pozostawały złudzeń – my tutaj wrócimy! I tak się stało – naszą podróż w krainę ogromnych wieżowców, bajecznych wysp, wulkanów, leniwców i papug odbyliśmy w maju. A jeśli komuś nie chce czytać się dalszych wpisów to mówiąc krótko... polecamy!


Plan był w zasadzie prosty. Zwiedzamy Panamę (kraj, jak i jego stolicę o tej samej nazwie), następnie przemieszczamy się do Kostaryki, Nikaragui a potem wracamy do Panamy. I chociaż życie czasem pisało swoje scenariusze to w ogólności udało nam się zrealizować to, co chcieliśmy, a nasza trasa wyglądała mniej więcej w ten sposób:


Na trzy tygodnie (z czego około dwóch tygodni na Kostarykę i Nikaraguę) jak znalazł. Nieskromnie mogę powiedzieć, że już mam wprawę a każda kolejna podróż staje się coraz bardziej przemyślana. Tym razem chyba bardzo dobrze wyważyliśmy intensywne zwiedzanie z relaksującym wypoczynkiem. A wracając do Polski czuliśmy tylko satysfakcję – nie zawiedliśmy się na niczym. No może... oprócz jedzenia :)

Co w skrócie, udało nam się zobaczyć?
1. Panamę (miasto) – czyli miasto w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Bo są i ogromne „Trump towers” i historyczne centrum i wiele przyrody. A do tego wszystko... jakieś takie zupełnie nielatynoskie i uporządkowane.
2. Kanał Panamski – wiadomo, „must have” każdego wyjazdu do Panamy. I chociaż do dziś nie wiem jak do końca cały ten kanał działa to jedno jest pewne – robi wrażenie.
3. San Jose – hmm... w zasadzie moje nastawienie do południowoamerykańskich miast jest chyba już znane i jeśli miałabym napisać coś o San Jose... to raczej nie spędzajcie tam więcej czasu niż jeden dzień.
4. Parki Narodowe Kostaryki – to był nasz główny cel w Kostaryce – przemieszczaliśmy się więc od jednego parku do drugiego (a w sumie zwiedziliśmy ich aż 5!) w poszukiwaniu kolejnych gatunków zwierząt. A przy okazji zobaczyliśmy błękitne jeziora, wulkany i piękne plaże.
5. Wyspa Ometepe – czyli kawałek Nikaragui – chociaż zwiedzana na wpół przytomnie to narobiła nam smaka na więcej.
6. Rejon Darien – trochę tajemnicze, mało uczęszczane, ale jakże ciekawe miejsce. To tam kończy się Panamerikana i do Kolumbii można popłynąć tylko łodzią. To tam sprawdzają każdy przejeżdżający pojazd i to tam można poznać prawdziwych, choć nieco już ucywilizowanych Indian.
7. San Blas – wyobraźcie sobie, że znajdujecie się na wyspie, którą można obejść spacerem w 15 minut. Że nie ma tam zasięgu, a prąd jest dostępny tylko przez kilka godzin dziennie. I że jedynymi waszymi zmartwieniami są: wpatrywanie się we wschody i zachody słońca, pływanie w kryształowej wodzie lub leżenie na złocistym piasku pod palmami. I nie, nie to nie jest raj. To „tylko” Panama :)


Ciekawi? A więc... ciąg dalszy nastąpi (i to całkiem niebawem!)