29.09.2017

Panama – informacje praktyczne

Panama jest krajem w którym raczej nie doznacie wielkiego kulturowego szoku. Czysto, względnie zorganizowanie... Może to sprawiło, że zakochałam się w niej... od drugiego wejrzenia?


Panama nie jest w zasadzie krajem bardzo „trudnym” dla przeciętnego turysty. Być może jestem w tym osądzie nieco nieobiektywna, gdyż my, ze względu na znajomość hiszpańskiego i nieocenioną pomoc kuzyna Dominika, mieliśmy nieco łatwiej, ale podpatrując kątem oka innych przyjezdnych (w tym rezydentów z innych krajów, których jest tutaj baaardzo dużo) wydaje mi się, że nie potrzeba tutaj jakiś specjalnych umiejętności, by spędzić w Panami wspaniałe wakacje.
Poniżej kilka praktycznych informacji, które mogą Wam się przydać planując podróż do tego kraju. Są to informacje i wskazówki ogólne – takie dotyczące konkretnych miejsc i zdarzeń będą pojawiały się w kolejnych wpisach.

1. Lot – trwa około 10 godzin z Amsterdamu. My lecieliśmy KLM-em, ostatecznie bezproblemowo, chociaż nie bez przygód (w drodze powrotnej umierałam ze strachu, bo na nasz pokład wsiadło... trzech muzułmanów przebranych w swoje tradycyjne szaty, z brodami itp... Chociaż nic się na szczęście nie stało, i można powiedzieć, że jestem trochę przeczulona, ale, niestety, nie czułam się przez to jakoś super bezpiecznie. Takie czasy :) ). Panama jest też popularnym węzłem przesiadkowym z Europy do innych krajów Ameryki.
2. Waluta – no tutaj sprawa jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Oficjalną walutą Panamy jest balboa. Balboa ma kurs 1:1 z dolarem. Ale... uwaga! Balboa to tylko monety, nie ma banknotów! Czy to znaczy, że Panamczycy chodzą z sakiewkami pełnymi monet? No niekoniecznie. Jak się więc płaci? W dolarach! Jest to waluta traktowana jak narodowa, chociaż niby nią nie jest... Skomplikowane? Też tego nie rozumiem :) Ale podsumowując – jadąc do Panamy bierzcie dolary.
3. Komunikacja – przyznaję, nie poruszaliśmy się zbyt dużo po Panamie komunikacją publiczną.
19.09.2017

Panama - Kostaryka - Nikaragua

W zasadzie pomysł zwiedzenia Panamy narodził się w naszych głowach już kilka lat temu, podczas przesiadki w drodze do Peru. I choć wtedy przeklinałam ogromnie Tocumeńskie lotnisko uważając je za najgorsze na świecie (!) to widoki za oknem nie pozostawały złudzeń – my tutaj wrócimy! I tak się stało – naszą podróż w krainę ogromnych wieżowców, bajecznych wysp, wulkanów, leniwców i papug odbyliśmy w maju. A jeśli komuś nie chce czytać się dalszych wpisów to mówiąc krótko... polecamy!


Plan był w zasadzie prosty. Zwiedzamy Panamę (kraj, jak i jego stolicę o tej samej nazwie), następnie przemieszczamy się do Kostaryki, Nikaragui a potem wracamy do Panamy. I chociaż życie czasem pisało swoje scenariusze to w ogólności udało nam się zrealizować to, co chcieliśmy, a nasza trasa wyglądała mniej więcej w ten sposób:


Na trzy tygodnie (z czego około dwóch tygodni na Kostarykę i Nikaraguę) jak znalazł. Nieskromnie mogę powiedzieć, że już mam wprawę a każda kolejna podróż staje się coraz bardziej przemyślana. Tym razem chyba bardzo dobrze wyważyliśmy intensywne zwiedzanie z relaksującym wypoczynkiem. A wracając do Polski czuliśmy tylko satysfakcję – nie zawiedliśmy się na niczym. No może... oprócz jedzenia :)

Co w skrócie, udało nam się zobaczyć?
1. Panamę (miasto) – czyli miasto w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Bo są i ogromne „Trump towers” i historyczne centrum i wiele przyrody. A do tego wszystko... jakieś takie zupełnie nielatynoskie i uporządkowane.
2. Kanał Panamski – wiadomo, „must have” każdego wyjazdu do Panamy.
30.07.2017

Pożegnanie z Kubą


Ostatnim punktem programu naszej wizyty na Kubie (mój Boże, to już ponad rok temu!) było Matanzas i Varadero. To słynne Varadero, do którego zjeżdzają się turyści z całego świata i którego plaże ponoć sam Fidel uznał za najlepsze. Oczekiwania były więc ogromne. A spotkało nas nie mniej ogromne rozczarowanie. I nie, nie miał na nie wpływu nasz podminowany nastrój po „kubańskiej przygodzie” opisanej post wcześniej. Nie złożyła też na to raczej średnia pogoda. Po prostu Varadero to… no takie Władysławowo czy Międzyzdroje w szczycie sezonu. Owszem, fajnie wybrać się na spacer. Ale być tylko tam dwa pełne tygodnie? Kto co lubi…
W każdym razie jest to typowo turystyczne miejsce. Hotele, restauracje, sklepiki z pamiątkami. A do tego pola golfowe i plaże. Plaże w porządku, acz zupełnie nie zachwycające. Bez życia pod wodą, za to z życiem nad nim: pełne turystów, zorganizowanych, hotelowych animacji, drinków z palemką i sesji modelek. Nie nasze klimaty. :(

Równie srogo zawiedliśmy się na Matanzas. Miasto to jest tańszą alternatywą noclegową dla odwiedzających Varadero. Aczkolwiek jest NAJBRZYDSZYM miastem, jakie widzieliśmy na Kubie. Serio.
31.05.2017

Ku przestrodze…

Zanim pojechaliśmy na Kubę sporo się naczytaliśmy. Trochę w przewodnikach, trochę w internecie. I prócz oczywistej listy obowiązkowych miejsc do zobaczenia wszystkie te źródła zapaliły nam w głowie ostrzegawcze światełko. „Nie ufaj Kubańczykom!” - z takim hasłem w głowie wjechaliśmy na wyspę. I na początku trzymaliśmy się tej zasady kurczowo. Wychodząc z lotniska z byka patrzyliśmy na taksówkarzy oferujących swą pomoc. „Jeszcze będą chcieli nas oszukać! Wywieźć gdzieś w pole i okraść. Albo policzyć za kurs kilkakrotnie więcej niż być powinno!” - myśleliśmy. Na szczęście szybko przekonaliśmy się, że Kubańczycy nie są tak źli, jak ich przedstawiają. Mili, pomocni, troskliwi… tak prezentowała się nasza opinia o Kubańczykach po kilku dniach. No może irytowały nas nieco wieczni obrażone kelnerki czy natrętni hawańczycy, ale wyraźne „NIE” załatwiało sprawę. Zachwyceni byliśmy przede wszystkim właścicielami casas particulares, Adonisem, ludźmi, którzy pozwalali nam przyglądać się swojej pracy…. Zaufaliśmy. Niestety, za bardzo.

Przekonaliśmy się na własnej skórze, że każdy kij ma dwa końce. A przestrogi, zamieszczane gdzieniegdzie w opracowaniach o Kubie okazują się być prawdą. Bo co prawda wielu Kubańczyków jest przesympatyczna, ale tak, jak wśród każdego narodu, znajdą się wśród nich przebiegłe, cwane lisy. Żerujące na naiwności i zagubieniu turystów. Którym nawet znajomość języka nie pomoże nie zostać oszukanym.

To już był prawie koniec naszej objazdowej wycieczki po Kubie. Szczęśliwi i opaleni wyjechaliśmy z Remedios z zamiarem przedostania się do ostatniego punktu programu - Matanzas i Varadero. „Po drodze koniecznie odwiedźcie muzeum Che!” - na pożegnanie poradziła właścicielka casa particular. Santa Clara (czyli miasto w którym owe muzeum się znajduje) jest po drodze, więc czemu by nie skorzystać? Jedziemy! Zaparkowaliśmy elegancko samochód pod drzewem, praktycznie w okolicy muzeum („Nie będziemy dawać 2 CUC na parking! - Dominik) i wybraliśmy się na zwiedzanie. Gdy już obejrzeliśmy wszystko i zrobiliśmy sobie zdjęcia przed pomnikiem zdecydowaliśmy się wracać. Ufff! Samochód stoi, nie ma rozbitej szyby. Nieświadomi niczego ruszamy i… jakiś dziwny dźwięk, samochód nietypowo jedzie. Guma! Złapaliśmy gumę! W mojej głowie na przemian pojawiały się myśli: „O mój Boże i co my teraz zrobimy” i „Jak to możliwe?”. I gdy tak staliśmy wpatrzeni w to koło (nikt z nas w zasadzie nigdy wcześniej gumy nie złapał i o wymianie kół raczej mieliśmy nikłe pojęcie) pojawił się młody chłopak na rowerze, który z miejsca zaofiarował swoją pomoc. „Super! Co za pomocni ludzie na tej Kubie!” - pomyśleliśmy, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Chłopak rach, ciach wymienił koło na zapasowe, a my uśmiechnięci przygotowujemy się do jazdy. Wręczyliśmy mu jakieś drobne za fatygę i już, już mamy się zbierać, kiedy chłopak woła, że to koło raczej też długo nie pociągnie… „O mój Boże, jak my dojedziemy do Matanzas!” - panikuję. „Nie martwcie się, mam znajomego mechanika, on wam pomoże. Jedźcie za mną.” - proponuje Kubańczyk i wskakuje na rower. A my za nim. I tak jedziemy, jedziemy… W pewnym momencie ogarniają nas wątpliwości. Czemu on nas wywozi na drugi koniec miasta? Przecież tutaj po drodze mijamy kilka punktów w których wymieniają dętki… Ale nic, Kubańczycy do tej pory okazali się być tylko pomocni i sympatyczni, jedziemy dalej. W końcu lądujemy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej (a raczej zatrzymujemy się obok niej). Pojawia się nasz „mechanik”, ocenia koło i mówi, że zaraz wszystko naprawi. Gdy pytamy ile to będzie kosztować odpowiada tylko, że musi zobaczyć co się stało i potem wyceni. Ok… w końcu czy tak nie robią Polacy? Raz, dwa koło jest wykręcone, chłopak znika w pobliskim budynku, a my rozmawiamy trochę z naszym rowerzystą. Nie spodziewamy się tego, co ma zaraz nastąpić.
17.04.2017

Rajskie plaże

Czekałam na tę chwilę od momentu przyjazdu na Kubę (a nawet wcześniej!). Turkusowa woda, bialutki piasek i kolorowe rybki - tak, tak tam musi być ! Po pierwszej styczności z plażami na południu z coraz większą niecierpliwością czekałam na wizytę na plażach północy - opisywanych jako najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle naj. I nie zawiodłam się!
Obraliśmy sobie dwa (a w zasadzie trzy, jeśli liczyć Varadero) cele plażowe: słynne Cayo Coco i Cayo Santa Maria, czyli dwie wysepki połączone z zasadniczą częścią wyspy groblami. I… nie zawiodłam się! Jak tylko znalazłam się na tych plażach z zachwytu i wrażenia aż oniemiałam. Tak! Są na świecie tak piękne miejsca! Tak! Nawet tylko dla tych plaż warto było na Kubę przyjechać! Chwilo trwaj!

O Cayo Coco można przeczytać w internecie i przewodnikach bardzo wiele. Że same hotele, że drogo… I mimo, że faktycznie połowa z tych informacji jest prawdziwa to i tak warto się tam wybrać, aczkolwiek może niekoniecznie tam nocować. No chyba, że ktoś z Was ma trochę gotówki na zbyciu… My zatrzymaliśmy się na nocleg w Moron, miejscowości położonej jeszcze na „głównej” Kubie, w odległości jakiejś niecałej godziny do centrum Cayo. Moron jest urocze, niewielkie i w zasadzie nie ma co w nim robić - stanowi jedynie punkt wypadowy na wysepki i okoliczne atrakcje dla wielu turystów (w tym rezerwat ptaków- polecamy!), w tym nas.
Podekscytowani perspektywą dnia niczym z raju z trudem usypiamy. Nazajutrz budzimy się skoro świt, tak, by o 7 rano już wyruszyć w trasę. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Powietrze jest jeszcze rześkie, a powoli wschodzące słońce niesamowicie pięknie odbija się w płaskiej tafli Zatoki Psów.
Ruch na Cayos jest ściśle (choć ponoć dużo mniej restrykcyjnie niż kiedyś) kontrolowany. Ponoć dawniej nawet Kubańczycy (prócz tam pracujących) nie mieli na nie wstępu. Dziś na szczęście sytuacja się zmieniła, a żeby móc wjechać na groblę (czyli sztucznie wybudowaną drogę na wyspę) trzeba tylko okazać paszporty (ważne, żeby mieć je ze sobą!) i zapłacić 2 CUC/os/jedna strona (przy wyjeździe też się płaci). Po krótkim przejrzeniu przez strażnika czy wszystko się zgadza możemy ruszać. Jak tu jest pięknie! Suniemy powoli groblą, z jednej i z drugiej strony mając kryształową wodę. Uczucie jest naprawdę niesamowite. Gdy wreszcie docieramy na wyspę witają nas, oczywiście różnorakie hotele. My jednak skręcamy w lewo i kierujemy się na Playa Pilar, poleconą nam przez panią z casa. Ale… czy ja na pewno dobrze widzę? Gdzieś pomiędzy rosnącymi na poboczu krzakami porusza się coś różowego. FLAMINGI! Krzyczę uradowana i każę Dominikowi się zatrzymać, już, tu i teraz, ja idę robić zdjęcia! Okazuje się, że jest ich całkiem duża gromadka. I choć muszę trochę się natrudzić, utknąć w japonkach w jakimś stojącym błocie, to po raz pierwszy widzę na żywo różowe flamingi!!!
Czy to nie prawdziwy raj? JEST. Kiedy w końcu docieramy na plażę tylko się w tym przekonaniu upewniam. I… no tego nie da się opisać słowami. Turkusowa, mieniąca się w słońcu woda, bialuteńki piasek i niebieskie, praktycznie bezchmurne niebo. Cudownie! Dzięki Bogu zdecydowaliśmy się na przyjazd poza sezonem - plaża jest praktycznie tylko dla nas.
Jest dzika i piękna i na szczęście nie ma przy niej hotelu (choć przyznam, że w okolicy budowali kolejny, więc może dziś już coś tam stoi :( ). Wskakujemy czym prędzej do wody, która jest pełna życia! Malutkie kolorowe rybki i większe w czarno - żółte paski, widoczne nawet znad tafli wody. Spędzamy więc w tej słodkiej beztrosce długie godziny, udaje nam się nawet na drugiej z plaż połowić ryby z Kubańczykami (znajomość hiszpańskiego naprawdę otwiera wiele możliwości :))…

Podobnie rzecz ma się z Cayo Santa Maria. Tutaj również zatrzymujemy się w pobliskiej miejscowości - Remedios, z której na plażę dostajemy się groblą (takie same zasady - 2 CUC, paszport itp). Remedios rozmiarami jest zbliżone do Moron i tak samo jak tam, nie ma tam specjalnie nic ciekawego do roboty. Jednak zapadnie nam w pamięć chociażby z trzech powodów:
najnowsze wstecz dalej najstarsze