17.04.2017

Rajskie plaże

Czekałam na tę chwilę od momentu przyjazdu na Kubę (a nawet wcześniej!). Turkusowa woda, bialutki piasek i kolorowe rybki - tak, tak tam musi być ! Po pierwszej styczności z plażami na południu z coraz większą niecierpliwością czekałam na wizytę na plażach północy - opisywanych jako najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle naj. I nie zawiodłam się!
Obraliśmy sobie dwa (a w zasadzie trzy, jeśli liczyć Varadero) cele plażowe: słynne Cayo Coco i Cayo Santa Maria, czyli dwie wysepki połączone z zasadniczą częścią wyspy groblami. I… nie zawiodłam się! Jak tylko znalazłam się na tych plażach z zachwytu i wrażenia aż oniemiałam. Tak! Są na świecie tak piękne miejsca! Tak! Nawet tylko dla tych plaż warto było na Kubę przyjechać! Chwilo trwaj!

O Cayo Coco można przeczytać w internecie i przewodnikach bardzo wiele. Że same hotele, że drogo… I mimo, że faktycznie połowa z tych informacji jest prawdziwa to i tak warto się tam wybrać, aczkolwiek może niekoniecznie tam nocować. No chyba, że ktoś z Was ma trochę gotówki na zbyciu… My zatrzymaliśmy się na nocleg w Moron, miejscowości położonej jeszcze na „głównej” Kubie, w odległości jakiejś niecałej godziny do centrum Cayo. Moron jest urocze, niewielkie i w zasadzie nie ma co w nim robić - stanowi jedynie punkt wypadowy na wysepki i okoliczne atrakcje dla wielu turystów (w tym rezerwat ptaków- polecamy!), w tym nas.
Podekscytowani perspektywą dnia niczym z raju z trudem usypiamy. Nazajutrz budzimy się skoro świt, tak, by o 7 rano już wyruszyć w trasę. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Powietrze jest jeszcze rześkie, a powoli wschodzące słońce niesamowicie pięknie odbija się w płaskiej tafli Zatoki Psów.
Ruch na Cayos jest ściśle (choć ponoć dużo mniej restrykcyjnie niż kiedyś) kontrolowany. Ponoć dawniej nawet Kubańczycy (prócz tam pracujących) nie mieli na nie wstępu. Dziś na szczęście sytuacja się zmieniła, a żeby móc wjechać na groblę (czyli sztucznie wybudowaną drogę na wyspę) trzeba tylko okazać paszporty (ważne, żeby mieć je ze sobą!) i zapłacić 2 CUC/os/jedna strona (przy wyjeździe też się płaci). Po krótkim przejrzeniu przez strażnika czy wszystko się zgadza możemy ruszać. Jak tu jest pięknie! Suniemy powoli groblą, z jednej i z drugiej strony mając kryształową wodę. Uczucie jest naprawdę niesamowite. Gdy wreszcie docieramy na wyspę witają nas, oczywiście różnorakie hotele. My jednak skręcamy w lewo i kierujemy się na Playa Pilar, poleconą nam przez panią z casa. Ale… czy ja na pewno dobrze widzę? Gdzieś pomiędzy rosnącymi na poboczu krzakami porusza się coś różowego. FLAMINGI! Krzyczę uradowana i każę Dominikowi się zatrzymać, już, tu i teraz, ja idę robić zdjęcia! Okazuje się, że jest ich całkiem duża gromadka. I choć muszę trochę się natrudzić, utknąć w japonkach w jakimś stojącym błocie, to po raz pierwszy widzę na żywo różowe flamingi!!!
Czy to nie prawdziwy raj? JEST. Kiedy w końcu docieramy na plażę tylko się w tym przekonaniu upewniam. I… no tego nie da się opisać słowami. Turkusowa, mieniąca się w słońcu woda, bialuteńki piasek i niebieskie, praktycznie bezchmurne niebo. Cudownie! Dzięki Bogu zdecydowaliśmy się na przyjazd poza sezonem - plaża jest praktycznie tylko dla nas.
Jest dzika i piękna i na szczęście nie ma przy niej hotelu (choć przyznam, że w okolicy budowali kolejny, więc może dziś już coś tam stoi :( ). Wskakujemy czym prędzej do wody, która jest pełna życia! Malutkie kolorowe rybki i większe w czarno - żółte paski, widoczne nawet znad tafli wody. Spędzamy więc w tej słodkiej beztrosce długie godziny, udaje nam się nawet na drugiej z plaż połowić ryby z Kubańczykami (znajomość hiszpańskiego naprawdę otwiera wiele możliwości :))…

Podobnie rzecz ma się z Cayo Santa Maria. Tutaj również zatrzymujemy się w pobliskiej miejscowości - Remedios, z której na plażę dostajemy się groblą (takie same zasady - 2 CUC, paszport itp). Remedios rozmiarami jest zbliżone do Moron i tak samo jak tam, nie ma tam specjalnie nic ciekawego do roboty. Jednak zapadnie nam w pamięć chociażby z trzech powodów:
28.03.2017

Miasto z widokówek


Trinidad jest takim miastem, które można zarówno kochać jak i nienawidzić jednocześnie. Z jednej strony jest piękne i malownicze. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kubańskich miast (a w każdym razie tych, które miałam okazję zobaczyć). Ostatecznie pieczę nad nim przejęło UNESCO. Tak więc porządek być musi. Kolorowe zadbane domy, brukowane uliczki… z całą pewnością znacząca większość klimatycznych zdjęć z Kuby, którymi tak bardzo wszyscy się zachwycają będzie wykonana właśnie w Trinidadzie. Jak więc się nie zakochać? Istnieje niestety druga strona medalu. Jeśli coś jest piękne - przyciąga turystów. I to czuć niemal tak samo, jak w centrum Hawany. I nie, żebym miała coś przeciwko turystom (ostatecznie jestem jednym z nich :) ), ale… ja chyba wolę jak miejscowi rzucają na mnie zdziwione i zaciekawione spojrzenia, a nie patrzą na mnie jak na chodzącą portmonetkę. Wolę wejść do miejscowego sklepiku, w którym znajdę lokalne wyroby a nie milion takich samych „unikalnych” bryloczków. I wreszcie… kiedy w restauracji podadzą mi, choćby i niedobre, ale jednak kubańskie przysmaki, a nie ich zamerykanizowaną lub zeuropeizowaną wersję. I niby jacyś panowie grali sobie w warcaby na ulicy, a konie stały „zaparkowane” przed domami. Ale kiedy porównam Trinidad do innych miast czuję delikatną nutkę fałszu. Dlatego myśląc o Trinidadzie mam w głowie prawdziwy dualizm mentalny. I w zasadzie nie do końca czuję to miasto. Ale może najzwyczajniej w świecie marudzę?
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że Trinidad stanowi doskonałą bazę wypadową, a okolica wręcz jest przepełniona atrakcjami. My zwiedziliśmy dwa z nich: Topes de Collantes i półwysep Ancon. Obydwa w zasadzie jednego dnia - da się, choć raczej wyczerpująco i pobieżnie. Ale po kolei!

Topes de Collantes, czyli górski park narodowy, położony jakieś pół godziny jazdy samochodem od Trinidadu, wybraliśmy jako poranny cel naszej podróży. Wyspani i najedzeni wyruszyliśmy. I tak jedziemy sobie zgodnie z tym co wskazuje nam nawigacja i liczne znaki drogowe i wreszcie… zaczyna się las, a droga coraz bardziej pnie się ku górze. „O kurczę…” - myślę i starając się nie denerwować staram się zaufać umiejętnościom Dominika. Musicie być bowiem świadomi - dojazd do atrakcji parku, mimo iż asfaltową drogą, wymaga jednak pewnego doświadczenia w kierowaniu. Drogą jest wąska, bardzo często stroma (co stanowi pewien problem, jak się nie ma samochodu z napędem 4x4) z licznymi „curvas peligrosas”, czyli niebezpiecznymi zakrętami. Często trzeba trąbić, krzyczeć czy wydawać jakikolwiek inny dźwięk, by przypadkiem nie zderzyć się z samochodem z naprzeciwka. Ale… jak już przeżyje się te wielokrotne zawały serca to widok z góry (polecam zatrzymanie się na punkcie widokowym) ostatecznie pozbawi Was tchu. Wreszcie też czuć, że jest się w lesie tropikalnym. Wokół latają kolibry i wielkie motyle, na drzewach rosną storczyki, a ścieżką przechadzają się monstrualne ślimaki…
Ważnym punktem jest centrum informacji, gdzie można dowiedzieć się co nas czeka na poszczególnych szlakach. My wybieramy trasę, która według przewodnika powinna być przyjemna, ale i interesująca - naszym celem będzie Salto del Caburni, czyli wodospad Caburni.
26.02.2017

Romantyczna droga…


Postanowiliśmy, że w Cienfuegos spędzimy tylko jedną noc i od razu udamy się do słynnego Trinidadu. Ostatecznie w Mieście Stu Ogni nie ma za bardzo po co zatrzymywać się na dłużej (w każdym razie my tego nie zauważyliśmy), a Trinidad kusi swoimi atrakcjami. W końcu jest to miasto wpisane na listę UNESCO, położone niedaleko parku narodowego Topes de Collantes i półwyspu Ancon… Nie zastanawiamy się więc dłużej i z bólem serca oznajmiamy właścicielce casy (przecież była dla nas taka miła!), że czas wyjeżdżać. Ruszamy zaraz po powrocie z promowej wycieczki, obliczając, że spokojnie powinniśmy przed zmrokiem dotrzeć do Trinidadu. Trasa według nawigacji jest bowiem prosta i wyjątkowo krótka. Pakujemy się pospiesznie, żegnamy, oczywiście obiecujemy wrócić i… jedziemy dalej. Szybko okazuje się jednak, że w godzinę to my do Trinidadu na pewno nie dojedziemy.

Na Kubie były dwie trasy, które wzbudziły u mnie autentyczny zachwyt. Pierwszą z nich była droga na Cayo Coco o wschodzie. Drugą - właśnie droga z Cienfuegos do Trinidadu. Jest przepięknie! Zatrzymujemy się co kilka kilometrów na zdjęcia. „Jeszcze jedno”, „to będzie ostatnie”, „proszę, proszę, jeszcze tutaj”… nie mogę się opanować. Widoki są naprawdę piękne:
06.02.2017

Zabójcze słońce


Główną atrakcją Cienfuegos jest przejazd łódką po Bahia de Cienfuegos (Zatoce Cienfuegos) na jej drugi brzeg - do Jagua. To taka przyjemna, kilkugodzinna wycieczka (godzina promem w jedną stronę i minimalnie godzina na lądzie pomiędzy kursami). Dlatego też wyposażeni w godziny kursowania promiku (radzę sprawdzić dzień wcześniej, kursów jest zaledwie kilka dziennie) co świt wyruszamy na miasto, by jeszcze trochę pozwiedzać. Przechadzamy się więc spokojnymi uliczkami najładniejszej części miasta, zatrzymując się raz po raz na cś do picia (refresco 2 CUP), gdyż słońce już od samego rana pali niemiłosiernie.
A co zwiedzić w samym Cienfuegos?
Na pewno centrum historyczne - niewielkie, ale całkiem urokliwe. Warto też trochę pobłądzić w bocznych uliczkach - Cienfuegos to takie trochę miasto artystów i małych galeryjek. Wśród standardowego asortymentu sprzedawanego turystom możemy natknąć się na prawdziwe artystyczne perełki. Sama chciałam nabyć to i owo (pamiętajcie, potargujcie się trochę :)), aczkolwiek trochę bałam się, czy uda mi się to przewieźć w jednym kawałku. Ale byłam naprawdę urzeczona. No i niestety potem plułam sobie w brodę, że się jednak nie zdecydowałam, widząc, jaka jest jakość i cena tych sprzedawanych w Trinidad czy w samej Hawanie…
Prócz centrum koniecznie trzeba wybrać się wspomniany już w poprzednim wpisie Malecon i niewielkie molo, położone tuż obok przystani promowej. Bardzo przyjemne, można usiąść i pokontemplować widok na zatokę. Cóż tam musi się dziać o zachodzie słońca…



Sam przejazd promem kosztuje 1 CUC od osoby w jedną stronę. Jest zapełniony po brzegi, miejscowi podróżują z różnymi, ciekawymi pakunkami, więc, żeby nie stać godzinę pomiędzy jednym Kubańczykiem a drugim, ściśniętym jak sardynka, warto być trochę wcześniej i znaleźć sobie dobre miejsce. Opcje są generalnie dwie: na zewnątrz - orzeźwiająco, z dobrymi widokami, ale jeśli nie macie wodoodpornego aparatu albo futerału to nie polecam (chlapie konkretnie :) ) lub wewnątrz - zdecydowanie suszej, ale tłoczniej.
16.01.2017

Miasto Stu Ogni

Czas ruszyć dalej. Z Playa Larga jedziemy do Cienfiegos - miasta stu ogni (cien - sto, fuegos-ognie). Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to się okaże prorocze… Po drodze - krajobrazy, które dla mnie staną się kwintesencją tego kraju. Bo to nie zaniedbane miasta, nie wymuskane taksówki z minionej epoki i nie mojito utkwiły mi sercu. To ludzie, o których już pisałam i krajobraz. Taki inny, taki jaki być powinien. Soczysta zieleń tropikalnego lasu, farmy z wiatrakami i ich właścicielami na koniach - jak z prawdziwych westernów, dzieci wracające do domu na rowerach w ślicznych mundurkach, przepiękne mangowce ze zwisającymi zeń soczystymi owocami, pasące się krowy… To jest Kuba! Trasa minęła mi więc szybko na zachwytach i średnio udanych próbach robienia zdjęć z jadącego samochodu. Bo gdybyśmy mieli zatrzymywać na każde moje „ach”, myślę, że potrzebowalibyśmy na zwiedzanie jakiegoś dodatkowego miesiąca. Urok szybko pryska, w miarę jak zbliżamy się do miasta (ach te rafinerie!), ale Cienfuegos wydaje mi się dużo bardziej zadbane niż Hawana. Nie ma tylu śmieci, architektura urokliwa, ludzie leniwie przechadzają się poboczem, a po ulicach jeżdżą konne taksówki. Znajdujemy swoją casę - jakie mamy szczęście trafić na wspaniałych właścicieli! Pani z Hostelu „Barcelo” na te dwa dni w zasadzie wcieliła się w rolę naszej matki - tak się o nas troszczyła. Zwłaszcza, jak zobaczyła moje pokąsane nogi :) Podobno zawiadomiła ją już Pani z Playa Larga, że ma się nami opiekować. Nie powiem, było to naprawdę miłe. Aż głupio nam było przyznać, że my tylko na jedną noc…

Ale tymczasem wyruszamy na pierwszy podbój okolicy.
najnowsze wstecz dalej najstarsze