30.07.2017

Pożegnanie z Kubą


Ostatnim punktem programu naszej wizyty na Kubie (mój Boże, to już ponad rok temu!) było Matanzas i Varadero. To słynne Varadero, do którego zjeżdzają się turyści z całego świata i którego plaże ponoć sam Fidel uznał za najlepsze. Oczekiwania były więc ogromne. A spotkało nas nie mniej ogromne rozczarowanie. I nie, nie miał na nie wpływu nasz podminowany nastrój po „kubańskiej przygodzie” opisanej post wcześniej. Nie złożyła też na to raczej średnia pogoda. Po prostu Varadero to… no takie Władysławowo czy Międzyzdroje w szczycie sezonu. Owszem, fajnie wybrać się na spacer. Ale być tylko tam dwa pełne tygodnie? Kto co lubi…
W każdym razie jest to typowo turystyczne miejsce. Hotele, restauracje, sklepiki z pamiątkami. A do tego pola golfowe i plaże. Plaże w porządku, acz zupełnie nie zachwycające. Bez życia pod wodą, za to z życiem nad nim: pełne turystów, zorganizowanych, hotelowych animacji, drinków z palemką i sesji modelek. Nie nasze klimaty. :(

Równie srogo zawiedliśmy się na Matanzas. Miasto to jest tańszą alternatywą noclegową dla odwiedzających Varadero. Aczkolwiek jest NAJBRZYDSZYM miastem, jakie widzieliśmy na Kubie. Serio.
31.05.2017

Ku przestrodze…

Zanim pojechaliśmy na Kubę sporo się naczytaliśmy. Trochę w przewodnikach, trochę w internecie. I prócz oczywistej listy obowiązkowych miejsc do zobaczenia wszystkie te źródła zapaliły nam w głowie ostrzegawcze światełko. „Nie ufaj Kubańczykom!” - z takim hasłem w głowie wjechaliśmy na wyspę. I na początku trzymaliśmy się tej zasady kurczowo. Wychodząc z lotniska z byka patrzyliśmy na taksówkarzy oferujących swą pomoc. „Jeszcze będą chcieli nas oszukać! Wywieźć gdzieś w pole i okraść. Albo policzyć za kurs kilkakrotnie więcej niż być powinno!” - myśleliśmy. Na szczęście szybko przekonaliśmy się, że Kubańczycy nie są tak źli, jak ich przedstawiają. Mili, pomocni, troskliwi… tak prezentowała się nasza opinia o Kubańczykach po kilku dniach. No może irytowały nas nieco wieczni obrażone kelnerki czy natrętni hawańczycy, ale wyraźne „NIE” załatwiało sprawę. Zachwyceni byliśmy przede wszystkim właścicielami casas particulares, Adonisem, ludźmi, którzy pozwalali nam przyglądać się swojej pracy…. Zaufaliśmy. Niestety, za bardzo.

Przekonaliśmy się na własnej skórze, że każdy kij ma dwa końce. A przestrogi, zamieszczane gdzieniegdzie w opracowaniach o Kubie okazują się być prawdą. Bo co prawda wielu Kubańczyków jest przesympatyczna, ale tak, jak wśród każdego narodu, znajdą się wśród nich przebiegłe, cwane lisy. Żerujące na naiwności i zagubieniu turystów. Którym nawet znajomość języka nie pomoże nie zostać oszukanym.

To już był prawie koniec naszej objazdowej wycieczki po Kubie. Szczęśliwi i opaleni wyjechaliśmy z Remedios z zamiarem przedostania się do ostatniego punktu programu - Matanzas i Varadero. „Po drodze koniecznie odwiedźcie muzeum Che!” - na pożegnanie poradziła właścicielka casa particular. Santa Clara (czyli miasto w którym owe muzeum się znajduje) jest po drodze, więc czemu by nie skorzystać? Jedziemy! Zaparkowaliśmy elegancko samochód pod drzewem, praktycznie w okolicy muzeum („Nie będziemy dawać 2 CUC na parking! - Dominik) i wybraliśmy się na zwiedzanie. Gdy już obejrzeliśmy wszystko i zrobiliśmy sobie zdjęcia przed pomnikiem zdecydowaliśmy się wracać. Ufff! Samochód stoi, nie ma rozbitej szyby. Nieświadomi niczego ruszamy i… jakiś dziwny dźwięk, samochód nietypowo jedzie. Guma! Złapaliśmy gumę! W mojej głowie na przemian pojawiały się myśli: „O mój Boże i co my teraz zrobimy” i „Jak to możliwe?”. I gdy tak staliśmy wpatrzeni w to koło (nikt z nas w zasadzie nigdy wcześniej gumy nie złapał i o wymianie kół raczej mieliśmy nikłe pojęcie) pojawił się młody chłopak na rowerze, który z miejsca zaofiarował swoją pomoc. „Super! Co za pomocni ludzie na tej Kubie!” - pomyśleliśmy, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Chłopak rach, ciach wymienił koło na zapasowe, a my uśmiechnięci przygotowujemy się do jazdy. Wręczyliśmy mu jakieś drobne za fatygę i już, już mamy się zbierać, kiedy chłopak woła, że to koło raczej też długo nie pociągnie… „O mój Boże, jak my dojedziemy do Matanzas!” - panikuję. „Nie martwcie się, mam znajomego mechanika, on wam pomoże. Jedźcie za mną.” - proponuje Kubańczyk i wskakuje na rower. A my za nim. I tak jedziemy, jedziemy… W pewnym momencie ogarniają nas wątpliwości. Czemu on nas wywozi na drugi koniec miasta? Przecież tutaj po drodze mijamy kilka punktów w których wymieniają dętki… Ale nic, Kubańczycy do tej pory okazali się być tylko pomocni i sympatyczni, jedziemy dalej. W końcu lądujemy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej (a raczej zatrzymujemy się obok niej). Pojawia się nasz „mechanik”, ocenia koło i mówi, że zaraz wszystko naprawi. Gdy pytamy ile to będzie kosztować odpowiada tylko, że musi zobaczyć co się stało i potem wyceni. Ok… w końcu czy tak nie robią Polacy? Raz, dwa koło jest wykręcone, chłopak znika w pobliskim budynku, a my rozmawiamy trochę z naszym rowerzystą. Nie spodziewamy się tego, co ma zaraz nastąpić.
17.04.2017

Rajskie plaże

Czekałam na tę chwilę od momentu przyjazdu na Kubę (a nawet wcześniej!). Turkusowa woda, bialutki piasek i kolorowe rybki - tak, tak tam musi być ! Po pierwszej styczności z plażami na południu z coraz większą niecierpliwością czekałam na wizytę na plażach północy - opisywanych jako najlepsze, najpiękniejsze i w ogóle naj. I nie zawiodłam się!
Obraliśmy sobie dwa (a w zasadzie trzy, jeśli liczyć Varadero) cele plażowe: słynne Cayo Coco i Cayo Santa Maria, czyli dwie wysepki połączone z zasadniczą częścią wyspy groblami. I… nie zawiodłam się! Jak tylko znalazłam się na tych plażach z zachwytu i wrażenia aż oniemiałam. Tak! Są na świecie tak piękne miejsca! Tak! Nawet tylko dla tych plaż warto było na Kubę przyjechać! Chwilo trwaj!

O Cayo Coco można przeczytać w internecie i przewodnikach bardzo wiele. Że same hotele, że drogo… I mimo, że faktycznie połowa z tych informacji jest prawdziwa to i tak warto się tam wybrać, aczkolwiek może niekoniecznie tam nocować. No chyba, że ktoś z Was ma trochę gotówki na zbyciu… My zatrzymaliśmy się na nocleg w Moron, miejscowości położonej jeszcze na „głównej” Kubie, w odległości jakiejś niecałej godziny do centrum Cayo. Moron jest urocze, niewielkie i w zasadzie nie ma co w nim robić - stanowi jedynie punkt wypadowy na wysepki i okoliczne atrakcje dla wielu turystów (w tym rezerwat ptaków- polecamy!), w tym nas.
Podekscytowani perspektywą dnia niczym z raju z trudem usypiamy. Nazajutrz budzimy się skoro świt, tak, by o 7 rano już wyruszyć w trasę. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Powietrze jest jeszcze rześkie, a powoli wschodzące słońce niesamowicie pięknie odbija się w płaskiej tafli Zatoki Psów.
Ruch na Cayos jest ściśle (choć ponoć dużo mniej restrykcyjnie niż kiedyś) kontrolowany. Ponoć dawniej nawet Kubańczycy (prócz tam pracujących) nie mieli na nie wstępu. Dziś na szczęście sytuacja się zmieniła, a żeby móc wjechać na groblę (czyli sztucznie wybudowaną drogę na wyspę) trzeba tylko okazać paszporty (ważne, żeby mieć je ze sobą!) i zapłacić 2 CUC/os/jedna strona (przy wyjeździe też się płaci). Po krótkim przejrzeniu przez strażnika czy wszystko się zgadza możemy ruszać. Jak tu jest pięknie! Suniemy powoli groblą, z jednej i z drugiej strony mając kryształową wodę. Uczucie jest naprawdę niesamowite. Gdy wreszcie docieramy na wyspę witają nas, oczywiście różnorakie hotele. My jednak skręcamy w lewo i kierujemy się na Playa Pilar, poleconą nam przez panią z casa. Ale… czy ja na pewno dobrze widzę? Gdzieś pomiędzy rosnącymi na poboczu krzakami porusza się coś różowego. FLAMINGI! Krzyczę uradowana i każę Dominikowi się zatrzymać, już, tu i teraz, ja idę robić zdjęcia! Okazuje się, że jest ich całkiem duża gromadka. I choć muszę trochę się natrudzić, utknąć w japonkach w jakimś stojącym błocie, to po raz pierwszy widzę na żywo różowe flamingi!!!
Czy to nie prawdziwy raj? JEST. Kiedy w końcu docieramy na plażę tylko się w tym przekonaniu upewniam. I… no tego nie da się opisać słowami. Turkusowa, mieniąca się w słońcu woda, bialuteńki piasek i niebieskie, praktycznie bezchmurne niebo. Cudownie! Dzięki Bogu zdecydowaliśmy się na przyjazd poza sezonem - plaża jest praktycznie tylko dla nas.
Jest dzika i piękna i na szczęście nie ma przy niej hotelu (choć przyznam, że w okolicy budowali kolejny, więc może dziś już coś tam stoi :( ). Wskakujemy czym prędzej do wody, która jest pełna życia! Malutkie kolorowe rybki i większe w czarno - żółte paski, widoczne nawet znad tafli wody. Spędzamy więc w tej słodkiej beztrosce długie godziny, udaje nam się nawet na drugiej z plaż połowić ryby z Kubańczykami (znajomość hiszpańskiego naprawdę otwiera wiele możliwości :))…

Podobnie rzecz ma się z Cayo Santa Maria. Tutaj również zatrzymujemy się w pobliskiej miejscowości - Remedios, z której na plażę dostajemy się groblą (takie same zasady - 2 CUC, paszport itp). Remedios rozmiarami jest zbliżone do Moron i tak samo jak tam, nie ma tam specjalnie nic ciekawego do roboty. Jednak zapadnie nam w pamięć chociażby z trzech powodów:
28.03.2017

Miasto z widokówek


Trinidad jest takim miastem, które można zarówno kochać jak i nienawidzić jednocześnie. Z jednej strony jest piękne i malownicze. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kubańskich miast (a w każdym razie tych, które miałam okazję zobaczyć). Ostatecznie pieczę nad nim przejęło UNESCO. Tak więc porządek być musi. Kolorowe zadbane domy, brukowane uliczki… z całą pewnością znacząca większość klimatycznych zdjęć z Kuby, którymi tak bardzo wszyscy się zachwycają będzie wykonana właśnie w Trinidadzie. Jak więc się nie zakochać? Istnieje niestety druga strona medalu. Jeśli coś jest piękne - przyciąga turystów. I to czuć niemal tak samo, jak w centrum Hawany. I nie, żebym miała coś przeciwko turystom (ostatecznie jestem jednym z nich :) ), ale… ja chyba wolę jak miejscowi rzucają na mnie zdziwione i zaciekawione spojrzenia, a nie patrzą na mnie jak na chodzącą portmonetkę. Wolę wejść do miejscowego sklepiku, w którym znajdę lokalne wyroby a nie milion takich samych „unikalnych” bryloczków. I wreszcie… kiedy w restauracji podadzą mi, choćby i niedobre, ale jednak kubańskie przysmaki, a nie ich zamerykanizowaną lub zeuropeizowaną wersję. I niby jacyś panowie grali sobie w warcaby na ulicy, a konie stały „zaparkowane” przed domami. Ale kiedy porównam Trinidad do innych miast czuję delikatną nutkę fałszu. Dlatego myśląc o Trinidadzie mam w głowie prawdziwy dualizm mentalny. I w zasadzie nie do końca czuję to miasto. Ale może najzwyczajniej w świecie marudzę?
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że Trinidad stanowi doskonałą bazę wypadową, a okolica wręcz jest przepełniona atrakcjami. My zwiedziliśmy dwa z nich: Topes de Collantes i półwysep Ancon. Obydwa w zasadzie jednego dnia - da się, choć raczej wyczerpująco i pobieżnie. Ale po kolei!

Topes de Collantes, czyli górski park narodowy, położony jakieś pół godziny jazdy samochodem od Trinidadu, wybraliśmy jako poranny cel naszej podróży. Wyspani i najedzeni wyruszyliśmy. I tak jedziemy sobie zgodnie z tym co wskazuje nam nawigacja i liczne znaki drogowe i wreszcie… zaczyna się las, a droga coraz bardziej pnie się ku górze. „O kurczę…” - myślę i starając się nie denerwować staram się zaufać umiejętnościom Dominika. Musicie być bowiem świadomi - dojazd do atrakcji parku, mimo iż asfaltową drogą, wymaga jednak pewnego doświadczenia w kierowaniu. Drogą jest wąska, bardzo często stroma (co stanowi pewien problem, jak się nie ma samochodu z napędem 4x4) z licznymi „curvas peligrosas”, czyli niebezpiecznymi zakrętami. Często trzeba trąbić, krzyczeć czy wydawać jakikolwiek inny dźwięk, by przypadkiem nie zderzyć się z samochodem z naprzeciwka. Ale… jak już przeżyje się te wielokrotne zawały serca to widok z góry (polecam zatrzymanie się na punkcie widokowym) ostatecznie pozbawi Was tchu. Wreszcie też czuć, że jest się w lesie tropikalnym. Wokół latają kolibry i wielkie motyle, na drzewach rosną storczyki, a ścieżką przechadzają się monstrualne ślimaki…
Ważnym punktem jest centrum informacji, gdzie można dowiedzieć się co nas czeka na poszczególnych szlakach. My wybieramy trasę, która według przewodnika powinna być przyjemna, ale i interesująca - naszym celem będzie Salto del Caburni, czyli wodospad Caburni.
26.02.2017

Romantyczna droga…


Postanowiliśmy, że w Cienfuegos spędzimy tylko jedną noc i od razu udamy się do słynnego Trinidadu. Ostatecznie w Mieście Stu Ogni nie ma za bardzo po co zatrzymywać się na dłużej (w każdym razie my tego nie zauważyliśmy), a Trinidad kusi swoimi atrakcjami. W końcu jest to miasto wpisane na listę UNESCO, położone niedaleko parku narodowego Topes de Collantes i półwyspu Ancon… Nie zastanawiamy się więc dłużej i z bólem serca oznajmiamy właścicielce casy (przecież była dla nas taka miła!), że czas wyjeżdżać. Ruszamy zaraz po powrocie z promowej wycieczki, obliczając, że spokojnie powinniśmy przed zmrokiem dotrzeć do Trinidadu. Trasa według nawigacji jest bowiem prosta i wyjątkowo krótka. Pakujemy się pospiesznie, żegnamy, oczywiście obiecujemy wrócić i… jedziemy dalej. Szybko okazuje się jednak, że w godzinę to my do Trinidadu na pewno nie dojedziemy.

Na Kubie były dwie trasy, które wzbudziły u mnie autentyczny zachwyt. Pierwszą z nich była droga na Cayo Coco o wschodzie. Drugą - właśnie droga z Cienfuegos do Trinidadu. Jest przepięknie! Zatrzymujemy się co kilka kilometrów na zdjęcia. „Jeszcze jedno”, „to będzie ostatnie”, „proszę, proszę, jeszcze tutaj”… nie mogę się opanować. Widoki są naprawdę piękne:
najnowsze wstecz dalej najstarsze