16.01.2017

Miasto Stu Ogni

Czas ruszyć dalej. Z Playa Larga jedziemy do Cienfiegos - miasta stu ogni (cien - sto, fuegos-ognie). Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to się okaże prorocze… Po drodze - krajobrazy, które dla mnie staną się kwintesencją tego kraju. Bo to nie zaniedbane miasta, nie wymuskane taksówki z minionej epoki i nie mojito utkwiły mi sercu. To ludzie, o których już pisałam i krajobraz. Taki inny, taki jaki być powinien. Soczysta zieleń tropikalnego lasu, farmy z wiatrakami i ich właścicielami na koniach - jak z prawdziwych westernów, dzieci wracające do domu na rowerach w ślicznych mundurkach, przepiękne mangowce ze zwisającymi zeń soczystymi owocami, pasące się krowy… To jest Kuba! Trasa minęła mi więc szybko na zachwytach i średnio udanych próbach robienia zdjęć z jadącego samochodu. Bo gdybyśmy mieli zatrzymywać na każde moje „ach”, myślę, że potrzebowalibyśmy na zwiedzanie jakiegoś dodatkowego miesiąca. Urok szybko pryska, w miarę jak zbliżamy się do miasta (ach te rafinerie!), ale Cienfuegos wydaje mi się dużo bardziej zadbane niż Hawana. Nie ma tylu śmieci, architektura urokliwa, ludzie leniwie przechadzają się poboczem, a po ulicach jeżdżą konne taksówki. Znajdujemy swoją casę - jakie mamy szczęście trafić na wspaniałych właścicieli! Pani z Hostelu „Barcelo” na te dwa dni w zasadzie wcieliła się w rolę naszej matki - tak się o nas troszczyła. Zwłaszcza, jak zobaczyła moje pokąsane nogi :) Podobno zawiadomiła ją już Pani z Playa Larga, że ma się nami opiekować. Nie powiem, było to naprawdę miłe. Aż głupio nam było przyznać, że my tylko na jedną noc…

Ale tymczasem wyruszamy na pierwszy podbój okolicy.
01.01.2017

Kubańskie teledyski


Ranek w Playa Larga przywitał nas pięknym, gorącym słońcem. „To nasza ostatnie chwile tutaj...” – pomyślałam trochę z nostalgią, a trochę z podnieceniem (ahoj, przygodo! czas na coś nowego!). W planach mamy wyruszenie skoro świt, ale Dominik upiera się, że musimy zgrać piosenki Adonisa. Nie ma opcji, byśmy wyjechali bez nich. Niestety, okazuje się, że nasz kolega pracuje od 7 do 11. Czyli nici z ambitnych planów. „Trudno. Oby było warto.” – myślę starając się po prostu cieszyć chwilą w pięknym miejscu. Nie spieszymy się więc zbytnio. Rozkoszujemy ostatnim śniadaniem, robimy pamiątkowe zdjęcia, dokarmiamy psy na pożegnanie...

Wreszcie decydujemy się pójść do domu Adonisa. Jak na złość ciągle go nie ma. Ale od czego ma się rodzinę! Chwila rozmowy i już sympatyczny wujek naszego kolegi prowadzi nas w kierunku miejsca, gdzie powinien być Adonis. Po drodze ucinamy sobie pogawędkę. Na temat Adonisa, Kuby, krokodyli („Jecie krokodyle?” „Tak” „Ale przecież są pod ochroną” „Ale są bardzo dobre” :)). W końcu jest! Wspólnymi siłami odnajdujemy Kubańczyka. Jest zaskoczony tym, że jeszcze tu jesteśmy. Ostatecznie pożegnaliśmy się już wczoraj... Ale jak tu wyjechać bez takiej pamiątki, jakim jest jego muzyka! Chcemy przekonać się, co on tam tworzy.
27.11.2016

Cuba Libre

Przedwczoraj, w wieku 90 lat zmarł Fidel Castro - przewódca rewolucji Kubańskiej. Wyspa jest pogrążona w 9-dniowej żałobie. To doskonała okazja by przyjrzeć się nieco, jak Kubańczycy odbierają swoją ojczyznę. I czy faktycznie Fidel jest dla nich bohaterem?

Jeśli zapyta się przeciętnego Kubańczyka czy dobrze mu się żyje to raczej odpowie, że tak. Że przecież ma wszystko czego potrzebuje: darmową edukację, darmowe leczenie… i to jeszcze na jakim poziomie! (bądź co bądź Kuba odnotowuje jeden z niższych współczynników zgonów noworodków oraz całkiem wysoką średnią długość życia). Bo Wy, w Ameryce czy Europie przecież musicie za to płacić! I nie ważne, że nic na tym świecie nie jest za darmo i skoro jawnie za to nie płacą, to jest zabierane im to w horrendalnych podatkach (skąd my to znamy). Viva Fidel! Viva rewolucja!
Czasem jednak nachodzi Kubańczyka nostalgia… że ubrania drogie, że brakuje przyborów szkolnych i że szkoda, że nie stać go na to, żeby wyjechać za granicę… Ale w zasadzie po co? Żyje przecież w tak pięknym kraju...
Można więc powiedzieć, że Kubańczyk jest pogodzony z tym, gdzie i jak żyje. Bardzo często wynika to z nieznajomości realiów. Hawańczycy, z którymi udało nam się porozmawiać na ulicy, dalej myślą, że u nas jest nieco bardziej rozwinięty PRL. Niektórzy, tak jak Adonis, nie wiedzą w ogóle gdzie leży Polska czy Hiszpania, co to Google, więc w zasadzie za tym nie tęskni. A inni myślą, że kapitalizm to zło. Albo że przecież lekarz zarabia 50 CUC miesięcznie! I to tak dużo pieniędzy! No i zawsze w zanadrzu pozostaną turyści…
Jeśli zaś chodzi o kult słynnych rewolucjonistów Fidela czy kolejnej słynnej na wyspie postaci - Che Guevary to jest on wyczuwalny już od samego przyjazdu na wyspę.
10.11.2016

Jak to z tymi pieniędzmi jest....

Jednym z najczęściej powtarzających się pytań dotyczących wyjazdu na Kubę jest kwestia pieniędzy. „Bo słyszeliśmy, że jest jakaś specjalna waluta dla turystów”, „Bo czytałem, że nie brać dolarów”... No właśnie, więc jak to z tymi pieniędzmi na Kubie w zasadzie jest?

Na Kubie obowiązują dwie waluty: CUC (peso convertible) - oficjalna waluta przeznaczona dla turystów i CUP (moneda nacional) – w niej Kubańsczycy otrzymują swoje wynagrodzenie. Sposoby ich wymowy chyba każdy ustala indywidualnie. Słyszeliśmy opcję z „se u se” (chyba najbardziej poprawna ?), „kuk”, „kup”, „se u pe” i jeszcze kilka innych . Jeśli chcemy mieć więc pewność, że zostaniemy dobrze zrozumiani, zwłaszcza, jeśli nie mówimy o hiszpańsku, warto zapamiętać i używać pełnych nazw. Bardzo prosto je odróżnić. Na banknotach CUC są różnego rodzaju Kubańskie pomniki, natomiast CUP to Kubańscy bohaterowie narodowi. Ten sposób rozróżniania trzeba dobrze zapamiętać jeśli nie chcemy zostać oszukani. Bowiem wzajemna relacja obu walut wynosi mniej więcej 1 CUC = 24/25 CUP. Tak więc jeśli zapłaciliśmy banknotem z „pomnikiem” a otrzymaliśmy resztę w „głowach” - prawdopodobnie coś jest nie tak i otrzymaliśmy 1/25 tego, co powinniśmy.
Tak naprawdę nie ma żadnego problemu, aby turysta, prócz CUC, także nabył nieco moneda nacional. W kantorze nie robili żadnego problemu, z tym, że należy pamiętać iż tylko CUC możemy zamienić na CUP. Zapytacie – po co? Otóż jeśli będziecie chcieli zasmakować nieco kubańskiego trybu życia, kupować owoce na straganach czy napoje w ulicznych sklepach z pewnością korzystniej będzie płacić w CUP. W zasadzie w każdym miejscu przyjmą również CUC, ale w miejscach bez oficjalnego przelicznika (który spotkacie w większych sklepach czy restauracjach) kurs niekoniecznie może być korzystny. Tylko uwaga! Wymieniać opłaca się raczej niewielkie kwoty. Z pewnością jakaś ilość CUP jest przydatna, aczkolwiek to jednak CUC będzie walutą, którą będziecie mogli płacić w zasadzie wszędzie. Za CUC kupicie benzynę, zapłacicie za obiad w restauracji czy pobyt w casa particular. W CUC podane są ceny wszystkich turystycznych pamiątek i kaucja za wynajem samochodu.
Tak więc:

Protip 1
Wymieńcie niewielką (np. 5-10) ilość CUC na CUP i dokupujcie w razie potrzeby więcej.


A jak to właściwie jest z tym przelicznikiem? Jaką walutę warto na Kubę ze sobą zabrać? Otóż Kubańskich banknotów nie otrzymacie w żadnym kantorze na świecie. Nie wolno ich bowiem wywozić poza wyspę. Na szczęście nikt tego nie sprawdza, więc można zabrać coś na pamiątkę. Hitem są banknoty 3 CUP z wizerunkiem Che Guevary (bardzo często sprzedawane turystom za wielokrotność ich rzeczywistej wartości). Jeśli jednak świadomie nie chcecie nic ze sobą zabierać, warto zamieniać przywiezione pieniądze partiami, a potem wszystko wydać lub z powrotem wymienić, gdyż Kubańskie peso do niczego nam się w Polsce nie przyda. Na szczęście kantory są także przy bramkach na lotnisku.
Waluty, które wymienicie na CUC na Kubie, wraz z aktualnym kursem są wymienione na stronie Centralnego Banku Kuby: http://www.
19.10.2016

Świetliki w ciemnościach


Nasze ostatnie popołudnie w Playa Larga należało do kategorii tych niezapomnianych. Zaraz po powrocie z wycieczki udaliśmy się na poszukiwania Adonisa. Obiecał pokazać nam jak łowić ryby. I słowa dotrzymuje. Z bólem serca zabijamy (ściślej: nasz kubański kolega czyni tą powinność, a my staramy się nie patrzeć) dwa dorodne kraby – będą robić nam za przynętę. Rozkładamy się nad niewielkim jeziorem. Przypomina nieco cmentarzysko krabów, przynajmniej na brzegu - widać, że to popularne łowisko. Adonis sprawnie obrabia skorupiaki – w okamgnieniu wyjmuje mięso ze szczypiec i nadziewa na haczyk połączony z żyłką. Jako, że my doświadczenia w łowieniu nie mamy to na początku tylko się przyglądamy. Nie mija kilka minut i Kubańczyk wyciąga małą, ale piękną rybkę. Krótka sesja zdjęciowa i... konsternacja. „My tej ryby raczej nie weźmiemy...” - mówimy niepewnie. No bo jak i gdzie, co mielibyśmy z nią robić. „Ja też jej nie chcę, lubię łowić dla łowienia, nie dla jedzenia” - stwierdza Adonis i wrzuca ją z powrotem do wody. Tym razem miała szczęście :)

Nadchodzi moja kolej na naukę. Stoję cierpliwie, słuchając w międzyczasie opowieści chłopaka. Niestety, prócz szkieletu kraba nie udaje mi się niczego wyciągnąć z wody. Trudno. I tak cieszymy się, że mogliśmy spróbować. I poprzebywać w towarzystwie naszego przyjaciela. Chcąc, nie chcąc musimy się tymczasowo pożegnać – umówiliśmy się z Noli i Yeni na prawdziwą (w końcu!), kubańską kolację. Pościliśmy na tą okazję cały dzień, więc punktualnie stawiamy się w naszej casie. A Adonisowi obiecujemy, że spotkamy się po jedzeniu.
Kolacja... najlepsza, jaką przyszło nam jeść na Kubie i całkowicie warta swojej ceny (15 CUC za osobę). Rozstawiony stół na ganku. Przytłumione światło. Niesamowita zupa z owoców morza. Ryż, banany smażone w cukrze, chipsy bananowe, warzywa i główny punkt wieczoru: ryba, krewetki, langusta, krab... I przepyszne mojito. Takie, jakie powinniśmy pić na Kubie codziennie. A do tego przesympatyczni Państwo. I ciężko wstać z krzesła...

Ale przecież umówiliśmy się z Adonisem. Trzeba więc ruszyć objedzone brzuchy i ruszyć w stronę niewielkiego baru na środku wioski.
najnowsze wstecz dalej najstarsze