28.03.2017

Miasto z widokówek

Trinidad jest takim miastem, które można zarówno kochać jak i nienawidzić jednocześnie. Z jednej strony jest piękne i malownicze. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych kubańskich miast (a w każdym razie tych, które miałam okazję zobaczyć). Ostatecznie pieczę nad nim przejęło UNESCO. Tak więc porządek być musi. Kolorowe zadbane domy, brukowane uliczki… z całą pewnością znacząca większość klimatycznych zdjęć z Kuby, którymi tak bardzo wszyscy się zachwycają będzie wykonana właśnie w Trinidadzie. Jak więc się nie zakochać? Istnieje niestety druga strona medalu. Jeśli coś jest piękne - przyciąga turystów. I to czuć niemal tak samo, jak w centrum Hawany. I nie, żebym miała coś przeciwko turystom (ostatecznie jestem jednym z nich :) ), ale… ja chyba wolę jak miejscowi rzucają na mnie zdziwione i zaciekawione spojrzenia, a nie patrzą na mnie jak na chodzącą portmonetkę. Wolę wejść do miejscowego sklepiku, w którym znajdę lokalne wyroby a nie milion takich samych „unikalnych” bryloczków. I wreszcie… kiedy w restauracji podadzą mi, choćby i niedobre, ale jednak kubańskie przysmaki, a nie ich zamerykanizowaną lub zeuropeizowaną wersję. I niby jacyś panowie grali sobie w warcaby na ulicy, a konie stały „zaparkowane” przed domami. Ale kiedy porównam Trinidad do innych miast czuję delikatną nutkę fałszu. Dlatego myśląc o Trinidadzie mam w głowie prawdziwy dualizm mentalny. I w zasadzie nie do końca czuję to miasto. Ale może najzwyczajniej w świecie marudzę?
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że Trinidad stanowi doskonałą bazę wypadową, a okolica wręcz jest przepełniona atrakcjami. My zwiedziliśmy dwa z nich: Topes de Collantes i półwysep Ancon. Obydwa w zasadzie jednego dnia - da się, choć raczej wyczerpująco i pobieżnie. Ale po kolei!

Topes de Collantes, czyli górski park narodowy, położony jakieś pół godziny jazdy samochodem od Trinidadu, wybraliśmy jako poranny cel naszej podróży. Wyspani i najedzeni wyruszyliśmy. I tak jedziemy sobie zgodnie z tym co wskazuje nam nawigacja i liczne znaki drogowe i wreszcie… zaczyna się las, a droga coraz bardziej pnie się ku górze. „O kurczę…” - myślę i starając się nie denerwować staram się zaufać umiejętnościom Dominika. Musicie być bowiem świadomi - dojazd do atrakcji parku, mimo iż asfaltową drogą, wymaga jednak pewnego doświadczenia w kierowaniu. Drogą jest wąska, bardzo często stroma (co stanowi pewien problem, jak się nie ma samochodu z napędem 4x4) z licznymi „curvas peligrosas”, czyli niebezpiecznymi zakrętami. Często trzeba trąbić, krzyczeć czy wydawać jakikolwiek inny dźwięk, by przypadkiem nie zderzyć się z samochodem z naprzeciwka. Ale… jak już przeżyje się te wielokrotne zawały serca to widok z góry (polecam zatrzymanie się na punkcie widokowym) ostatecznie pozbawi Was tchu. Wreszcie też czuć, że jest się w lesie tropikalnym. Wokół latają kolibry i wielkie motyle, na drzewach rosną storczyki, a ścieżką przechadzają się monstrualne ślimaki…
Ważnym punktem jest centrum informacji, gdzie można dowiedzieć się co nas czeka na poszczególnych szlakach. My wybieramy trasę, która według przewodnika powinna być przyjemna, ale i interesująca - naszym celem będzie Salto del Caburni, czyli wodospad Caburni.
26.02.2017

Romantyczna droga…


Postanowiliśmy, że w Cienfuegos spędzimy tylko jedną noc i od razu udamy się do słynnego Trinidadu. Ostatecznie w Mieście Stu Ogni nie ma za bardzo po co zatrzymywać się na dłużej (w każdym razie my tego nie zauważyliśmy), a Trinidad kusi swoimi atrakcjami. W końcu jest to miasto wpisane na listę UNESCO, położone niedaleko parku narodowego Topes de Collantes i półwyspu Ancon… Nie zastanawiamy się więc dłużej i z bólem serca oznajmiamy właścicielce casy (przecież była dla nas taka miła!), że czas wyjeżdżać. Ruszamy zaraz po powrocie z promowej wycieczki, obliczając, że spokojnie powinniśmy przed zmrokiem dotrzeć do Trinidadu. Trasa według nawigacji jest bowiem prosta i wyjątkowo krótka. Pakujemy się pospiesznie, żegnamy, oczywiście obiecujemy wrócić i… jedziemy dalej. Szybko okazuje się jednak, że w godzinę to my do Trinidadu na pewno nie dojedziemy.

Na Kubie były dwie trasy, które wzbudziły u mnie autentyczny zachwyt. Pierwszą z nich była droga na Cayo Coco o wschodzie. Drugą - właśnie droga z Cienfuegos do Trinidadu. Jest przepięknie! Zatrzymujemy się co kilka kilometrów na zdjęcia. „Jeszcze jedno”, „to będzie ostatnie”, „proszę, proszę, jeszcze tutaj”… nie mogę się opanować. Widoki są naprawdę piękne:
06.02.2017

Zabójcze słońce


Główną atrakcją Cienfuegos jest przejazd łódką po Bahia de Cienfuegos (Zatoce Cienfuegos) na jej drugi brzeg - do Jagua. To taka przyjemna, kilkugodzinna wycieczka (godzina promem w jedną stronę i minimalnie godzina na lądzie pomiędzy kursami). Dlatego też wyposażeni w godziny kursowania promiku (radzę sprawdzić dzień wcześniej, kursów jest zaledwie kilka dziennie) co świt wyruszamy na miasto, by jeszcze trochę pozwiedzać. Przechadzamy się więc spokojnymi uliczkami najładniejszej części miasta, zatrzymując się raz po raz na cś do picia (refresco 2 CUP), gdyż słońce już od samego rana pali niemiłosiernie.
A co zwiedzić w samym Cienfuegos?
Na pewno centrum historyczne - niewielkie, ale całkiem urokliwe. Warto też trochę pobłądzić w bocznych uliczkach - Cienfuegos to takie trochę miasto artystów i małych galeryjek. Wśród standardowego asortymentu sprzedawanego turystom możemy natknąć się na prawdziwe artystyczne perełki. Sama chciałam nabyć to i owo (pamiętajcie, potargujcie się trochę :)), aczkolwiek trochę bałam się, czy uda mi się to przewieźć w jednym kawałku. Ale byłam naprawdę urzeczona. No i niestety potem plułam sobie w brodę, że się jednak nie zdecydowałam, widząc, jaka jest jakość i cena tych sprzedawanych w Trinidad czy w samej Hawanie…
Prócz centrum koniecznie trzeba wybrać się wspomniany już w poprzednim wpisie Malecon i niewielkie molo, położone tuż obok przystani promowej. Bardzo przyjemne, można usiąść i pokontemplować widok na zatokę. Cóż tam musi się dziać o zachodzie słońca…



Sam przejazd promem kosztuje 1 CUC od osoby w jedną stronę. Jest zapełniony po brzegi, miejscowi podróżują z różnymi, ciekawymi pakunkami, więc, żeby nie stać godzinę pomiędzy jednym Kubańczykiem a drugim, ściśniętym jak sardynka, warto być trochę wcześniej i znaleźć sobie dobre miejsce. Opcje są generalnie dwie: na zewnątrz - orzeźwiająco, z dobrymi widokami, ale jeśli nie macie wodoodpornego aparatu albo futerału to nie polecam (chlapie konkretnie :) ) lub wewnątrz - zdecydowanie suszej, ale tłoczniej.
16.01.2017

Miasto Stu Ogni

Czas ruszyć dalej. Z Playa Larga jedziemy do Cienfiegos - miasta stu ogni (cien - sto, fuegos-ognie). Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak to się okaże prorocze… Po drodze - krajobrazy, które dla mnie staną się kwintesencją tego kraju. Bo to nie zaniedbane miasta, nie wymuskane taksówki z minionej epoki i nie mojito utkwiły mi sercu. To ludzie, o których już pisałam i krajobraz. Taki inny, taki jaki być powinien. Soczysta zieleń tropikalnego lasu, farmy z wiatrakami i ich właścicielami na koniach - jak z prawdziwych westernów, dzieci wracające do domu na rowerach w ślicznych mundurkach, przepiękne mangowce ze zwisającymi zeń soczystymi owocami, pasące się krowy… To jest Kuba! Trasa minęła mi więc szybko na zachwytach i średnio udanych próbach robienia zdjęć z jadącego samochodu. Bo gdybyśmy mieli zatrzymywać na każde moje „ach”, myślę, że potrzebowalibyśmy na zwiedzanie jakiegoś dodatkowego miesiąca. Urok szybko pryska, w miarę jak zbliżamy się do miasta (ach te rafinerie!), ale Cienfuegos wydaje mi się dużo bardziej zadbane niż Hawana. Nie ma tylu śmieci, architektura urokliwa, ludzie leniwie przechadzają się poboczem, a po ulicach jeżdżą konne taksówki. Znajdujemy swoją casę - jakie mamy szczęście trafić na wspaniałych właścicieli! Pani z Hostelu „Barcelo” na te dwa dni w zasadzie wcieliła się w rolę naszej matki - tak się o nas troszczyła. Zwłaszcza, jak zobaczyła moje pokąsane nogi :) Podobno zawiadomiła ją już Pani z Playa Larga, że ma się nami opiekować. Nie powiem, było to naprawdę miłe. Aż głupio nam było przyznać, że my tylko na jedną noc…

Ale tymczasem wyruszamy na pierwszy podbój okolicy.
01.01.2017

Kubańskie teledyski


Ranek w Playa Larga przywitał nas pięknym, gorącym słońcem. „To nasza ostatnie chwile tutaj...” – pomyślałam trochę z nostalgią, a trochę z podnieceniem (ahoj, przygodo! czas na coś nowego!). W planach mamy wyruszenie skoro świt, ale Dominik upiera się, że musimy zgrać piosenki Adonisa. Nie ma opcji, byśmy wyjechali bez nich. Niestety, okazuje się, że nasz kolega pracuje od 7 do 11. Czyli nici z ambitnych planów. „Trudno. Oby było warto.” – myślę starając się po prostu cieszyć chwilą w pięknym miejscu. Nie spieszymy się więc zbytnio. Rozkoszujemy ostatnim śniadaniem, robimy pamiątkowe zdjęcia, dokarmiamy psy na pożegnanie...

Wreszcie decydujemy się pójść do domu Adonisa. Jak na złość ciągle go nie ma. Ale od czego ma się rodzinę! Chwila rozmowy i już sympatyczny wujek naszego kolegi prowadzi nas w kierunku miejsca, gdzie powinien być Adonis. Po drodze ucinamy sobie pogawędkę. Na temat Adonisa, Kuby, krokodyli („Jecie krokodyle?” „Tak” „Ale przecież są pod ochroną” „Ale są bardzo dobre” :)). W końcu jest! Wspólnymi siłami odnajdujemy Kubańczyka. Jest zaskoczony tym, że jeszcze tu jesteśmy. Ostatecznie pożegnaliśmy się już wczoraj... Ale jak tu wyjechać bez takiej pamiątki, jakim jest jego muzyka! Chcemy przekonać się, co on tam tworzy.
najnowsze wstecz dalej najstarsze